Mumia z Guano.

Mumia z Guano.

 Mumia z Guano jak żywa. Kto chciałby zobaczyć człowieka urodzonego w XVI wieku?  Nam się udało, pojechaliśmy do  Guano, to zaledwie 10 minut jazdy od Riobamba w Ekwadorze. 

Widziałam także śpiącą średniowieczną myszkę. Nieprawdopodobne zjawisko o którym zaraz opowiem, bardzo mnie wzruszyło. Guano, ta nazwa  się kojarzy niefortunnie, ale położenie ma jak z bajki.

Wieś otacza kilka aktywnych   wulkanów. Najniższy jest dwa razy większy od  najwyższego szczytu Polski. Zajrzyjcie do wpisu o wulkanach.

 Chimborazo – 6 310 m.   Altar- 5319 m.    Tungarahua- 5029 m.    Igualata- 4430m.

Jak w każdym  miasteczku, na placu głównym jest kościół i park. Widział ktoś gwiazdę betlejemską na rabacie, kwitnącą w lipcu? Albo kolibra, który przestał machać skrzydełkami i na chwilę usiadł?

Ja nie, dlatego biegałam z aparatem, żeby niczego nie pominąć, a potem zwyczajem japońskich turystów sprawdzić w domu, czy wycieczka się udała.

    Ekwadorczycy bardzo lubią lody. Świnki morskie też lubią.

Wiele miasteczek wita gości symbolem swojego miasta. Guano słynie z ręcznie tkanych dywaników i wyrobów ze skóry.

Zbliżamy się do celu naszej wyprawy:  Muzeum Miasta, w którym jest Mumia z Guano, tuż obok ruin Klasztoru Wniebowzięcia. Piękna, niebieska fasada, jest unikalna.

Mumia z Guano i zasuszony braciszek.

 5 sierpnia 1949 r. w Guano zatrzęsła się ziemia, powodując śmierć wielu mieszkańców i zniszczenie połowy miasta. Katastrofa doprowadziła do odkrycia budzącego wielkie zdumienie.  

Kiedy ściany starego kościoła runęły, odnaleziono mumię XVI- wiecznego franciszkanina, ukrytą wewnątrz dużego dzbana, który zamurowano w tak zwanym pustym oknie. Obok braciszka zakonnego, leżała zmumifikowana myszka.

Dlaczego  został pochowany w tak  wyjątkowy  sposób, pozostaje tajemnicą.  Nie znaleziono nigdy podobnych grobowców. Stoję przed  ścianą, w której znaleziono dzban- urnę z franciszkaninem

Fray Lazaro de Santofimia.

Został wysłany z Hiszpanii, żeby szerzyć wiarę katolicką w wiejskich rejonach Andów.Pomagał rdzennym mieszkańcom w ich trudach  i  był opiekunem kościoła w Guano w latach 1565-1572.

Ciało Fray Łazarza wewnątrz dzbana, było pokryte wapnem i uległo mumifikacji w sposób całkowicie naturalny. 

 Miejscowa legenda głosi, że był tak dobrym człowiekiem, że  pochówek wewnątrz murów kościoła był hołdem i mianowaniem na strażnika kościoła. Nie znaleziono przy nim żadnych rzeczy ani innych  grobów w kościele.

Wokół twarzy miał owinięta szmatkę.  Niektórzy sądzą, że w chwili śmierci cierpiał na ból zębów, jednak to nie wyjaśnia, dlaczego zostawiono mu na twarzy kawałek płótna. Bardziej prawdopodobne jest, że podwiązano mu szczękę ze względów estetycznych, żeby nie opadła. Kawałek materiału wygląda bardzo współcześnie, a kolor dodaje życia i trochę frywolności.

Twarz starego, sympatycznego człowieka, taka wciąż ludzka, bardzo wzrusza. To nie okaz muzealny, on naprawdę żył, cierpiał, kochał i umarł. I każdy widzi, że bać się nie ma czego.  Zrewidowałam  życzenia na temat własnego pochówku. Po kremacji, nie zostaje już nic, jest nieodwołalna, żaden ślad.

Ciekawostką jest mysz zmumifikowana w tych samych warunkach, jak się tam znalazła? Istnieją dwie teorie:się wydostać.

Franciszkanin był osobą bardzo samotną i pod koniec życia mysz była jego jedynym przyjacielem. Dlatego pochowano ich razem.
Drugi powód może być taki, że mysz wygryzła sobie drogę się do środka, szukając jedzenia i nie mogła się wydostać.

Inkowie głęboko wierzyli, że mumifikacja zapewni nowe, wieczne życie.  Panowało przekonanie, że  wysuszone ciała, są w stanie przekazać żyjącym całą swą mądrość, siłę, a także zapewnić urodzajne zbiory.

Zwyczaj mumifikacji przeznaczony był przede wszystkim dla władców.  Tradycyjnie usuwano organy wewnętrzne, balsamowano i preparowaną skórę.  Zmarły układany był w takiej pozycji, aby wyglądał jak żywy. 

Ciała osób z niższych sfer oddawano wysuszeniu bez żadnych dodatkowych zabiegów. Nie wiadomo czy los, jaki spotkał ciało staruszka ma z tym  jakiś związek, jednak historia jest szalenie romantyczna i wzruszająca.                 

Mieszkańcy są bardzo dumni ze swojej mumii.  Tak bardzo,  że gmina zainwestowała 2.5 tysiąca dolarów w stworzenie repliki do celów edukacyjnych.  Wyrusza czasami na tournée  po krajowych  i międzynarodowych targach, żeby przyciągać turystów.

 Tradycje pogrzebowe Indian w Ekwadorze.

W społeczności Indian stare tradycje splotły się nierozerwalnie z wiarą chrześcijańską.  Ten świat, to przywiązanie do tradycji, silna wiara w przesądy, magia i odczynianie uroków.

Katoliccy święci mają swoje odpowiedniki,  Matkę Boską łączą  z Matką Ziemią, a chrześcijańskiemu Stwórcy odpowiada inkaski – Wirakocza.

 Kiedyś zakopywali czaszki przodków przed progiem domu, żeby dalej uczestniczył w ich życiu. Śmierć nie jest tragedią, ponieważ wierzą, że dusze przechodzą do kolejnego wymiaru, śmierć oznacza tylko zmianę, etap.

 Rytualne pożegnanie trwa trzy dni. Przygotowują dużo jedzenia i napojów. Bawią się kilkanaście gier, które służą rodzinie zmarłego. Wyłonią osobę, która zbierze jedzenie od sąsiadów. Jest też czas na smutek, każdy opowiada jakąś historię związaną ze zmarłym. Śpiewają pieśni żałobne, często powtarzając znaczące słowa- “iść naprzód”.

Ostatniego dnia wybierają krewnych, którzy zaniosą trumnę na cmentarz, pogrzeb odbywa się przy muzyce. Po ceremonii, wszyscy zbierają się na rytuał oczyszczenia, żeby przepędzić złe duchy.

Święto Zmarłych, to również  mieszanka katolicyzmu i rdzennej kultury. Na cmentarz zanosi się duże ilości jedzenia, żeby podzielić się z bliskimi zmarłymi i podziękować  im za  rolę, jaką odegrali w życiu.

Właściciel hotelu w Riobamba powiedział,  że jego ojciec  chce się z nami spotkać.  Nasz nowy znajomy  mówił znakomicie po polsku, studiował w Polsce medycynę  “za Gierka”.

Wyjaśnił, że te wszechobecne symbole religijne, to taki ich folklor, a tak naprawdę nie są  patriotami ani fanatykami religijnymi.  Kiedy w hotelu znajdują się trzy kapliczki, a piekarnia obok jest pod wezwaniem Jezusa,  w oczach pojawiają się znaki zapytania.

  SEMANA SANTA- WIELKI TYDZIEŃ.

Zaintrygowały mnie fioletowe figurki. To Cucuruchos. Stożek symbolizuje pokorę, a kolor purpurowy oznacza skruchę. Najbardziej spektakularnym wydarzeniem podczas Wielkiego Tygodnia w Ekwadorze jest procesja Jezusa Wszechmogącego w Quito.

Aby utożsamić się z męką Jezusa Chrystusa w dniu Jego cierpienia,  Cucuruchos idą boso, niosąc krzyż, albo belkę,  zadając sobie ból.  Od samobiczowania po umieszczenie kaktusów na odsłoniętych plecach.

  LOS MONOLITOS.  

Na wzgórzu znajdują się  petroglify, pochodzące z okresu prekolumbijskiego.  A także  kamienne rzeźby, które zostały ręcznie wykonane w 1924 r.  Nie wiem jak inni, ale ja szalenie lubię podczas spaceru podziwiać rośliny, których nie ma w moim otoczeniu. To był bardzo miły czas.

Miałam szczęście, pusty plac zabaw! Czym prędzej wdrapałam się na platformę, jakiś chłopak przyciągnął  mi linę i pojechałam! Lot nisko nad ziemia, ale w życiu ważne jest, żeby się wznieść chociaż trochę.

Niezwykły, piękny dzień,  zakończony posiłkiem w lokalnej  restauracji. Przyszła nawet dziewczyna z muzeum, posiadaczka długiego, lśniącego warkocza.. Jedzenie było niewymyślne i nienachalnie apetyczne, za to można było obserwować  ludzi, którzy wyskoczyli z pracy na posiłek.

Jeszcze zakup pamiątek i powrót do Riobamba, o tym w następnym odcinku. Ciekawa jestem jak wrażenia po zobaczeniu realistycznie wyglądającego nieboszczyka. Budzi grozę, czy raczej sympatyczne zadumanie nad ludzkim przemijaniem?

Indianie Keczua.

Indianie Keczua.

Nie płynęłam canoe przez rzeki pełne piranii i  nie przedzierałam się przez amazońską dżunglę, a jednak udało się zobaczyć Indian. Ciężko pracujący Indianie Keczua uprawiają ziemię i hodują zwierzęta, a potem sprzedają swoje plony na targach.

Pojechaliśmy w Andy  najdłuższą autostradą świata,  zaczyna się na Alasce  i ciągnie się aż do Ziemi Ognistej na południu Argentyny. Obok wizerunek Pachamama.

Nasza podróż z Quito  trwała dwie godziny. Jednym z najciekawszych doświadczeń był targ w Saquisili, gdzie handlują Indianie Keczua..

 HISTORIA.

Kiedy Pizarro i hiszpańscy zdobywcy przybyli w XVI wieku, Indianie uciekali do dżungli, aby uniknąć niewoli. Niestety wielu z nich zostało schwytanych lub zabitych przez Europejczyków.

Dzisiaj Indianie Keczua to jedna z największych grup rdzennej ludności na świecie, jest ich 12 milionów. Są pracowici i silni, żyją długim, zdrowym życiem. Kochają muzykę  i ceremonie kościelne, które często mieszają się ze starożytnymi rytuałami. Popularnym zwyczajem jest ustawianie ołtarzy z kwiatami wzdłuż szosy.

   Indianie Keczua na targu w Saquisili.

To miasteczko położone ok. 2.5 godziny jazdy od stolicy. Tradycyjna religia  jest połączeniem wierzeń katolickich i inkaskich.  Maryję Indianie Keczua utożsamiają z Pachamamą, kobiecym bóstwem Ziemi.

Gdzie można spotkać Indian, żeby ich podejrzeć  w naturalnym środowisku ? Ruszamy na lokalny targ, który odbywa się co czwartek.  Zjeżdżają się tu z wioseczek i handlują na kilku rynkach: zwierzętami, warzywami, tekstyliami.

 TARG.

 W pewnym oddaleniu znajdowała się sekcja krawiecka, przed każdym stała kolejka. Nie było łatwo robić zdjęcia, nie każdy się zgadzał, a robione ukradkiem i pospiesznie nie były ostre. 

Z tego gąszczu rozpoznaję tylko fioletowy amarantus, jedno z najstarszych zbóż świata, uprawiany co najmniej od 5 tys. lat. Bezglutenowe bogactwo witamin i minerałów.

W Andach uprawiana jest  quinoa- komosa ryżowa, zboże Inków. Zawiera dużo białka i może zastąpić ziemniaki i ryż.  Indianie Keczua uprawiają wiele odmian kukurydzy.  Grillowana, gotowana, nadziewana, smakuje wybornie.

INDIANIE.

W 1572 roku Hiszpanie zabronili Inkom noszenia  tunik i sukienek. To wtedy powstała andyjska moda, która dotrwała do dzisiaj. Kobiety noszą spódnice i bluzki z kolorowymi chustami, a mężczyźni koszule i poncza.  Inny bajecznie kolejowy targ opisałam w poście “Aleja wulkanów”.

Dokładnie tak jak przed setkami lat, dzieci nosi się na plecach.

Kapelusze chronią od zimna i od słońca, które na tych wysokościach pali skórę.

Te dobre oczy i ujmujący uśmiech są skierowane na mnie. Zapytana na migi, czy możemy zrobić zdjęcie, kiwnęła przyzwalająco głową. Nie wołała o dolara, uśmiechała się nieśmiało i pięknie. Dlatego bardzo chciałam ją upamiętnić. Kupiłam u tej pani niezwykle aromatyczny czosnek.

Nieśmiała dziewczyna po lewej, zgodziła się na zdjęcie, ktoś z boku krzyknął- dolara,  miała wypisane zawstydzenie na twarzy.  W końcu całkiem zadowolona wyciągnęła rękę.

Tu skończyły się nasze dobre maniery i trzaskaliśmy zdjęcia na dwa aparaty. Przecież tu nie wrócimy, a kolorowy świat tak bardzo urzekał.

Sekcja restauracyjna.

Zachęcano nas, ale za bardzo byłam podekscytowana, żeby jeść. Ekwadorski talerz jest malowniczy i prowokuje do wyciągania aparatu. Pieczony boczek, biała kukurydza, warzywne banany, to tradycyjne, ekwadorskie danie.

Pora była dość wczesna, więc ta biesiada, to śniadanie.

    AYAHUASCA-  jak wpaść w trans. 

 Pomimo zakazów, szamańskie tradycje wciąż kwitną. Z wiarygodnego źródła dowiedzieliśmy się, ( za późno) że sesje z szamanem są dostępne wszędzie, nie tylko w dżungli amazońskiej.

 Istnieje nawet turystyka zorientowana na ten magiczny obrządek.
                                                             
 Nazwa Ayahuasca   w tłumaczeniu z języka keczua oznacza “Winorośl duszy” . Jest to święta krzewinka używana przez tysiące lat przez rdzenne plemiona Amazonki dla dobrych energii, duchowego oczyszczenia i uzdrowienia. 

Ayahuasca  przygotowywana przez szamanów, jest brunatnym, gorzkawym płynem. Jej celem była komunikacja z siłami nadprzyrodzonymi i duchami.

Wywołuje efekty psychotropowe po 20 minutach. Najwcześniejsze działanie, to rozchodzące się ciepło, fizyczny relaks, spokój fizyczny. Nie traci się świadomości. Łagodne oderwanie od ciała,  otoczenia, wizje podobne do snu, dźwięki, to wszystko podobno leczy depresję i przywraca stabilność.

Mogą wystąpić wymioty, co ma być oznaką oczyszczania się.  Ceremoniał poprzedza dwutygodniowe odstawienie mięsa, i alkoholu.
Niektórzy mówią, że doznali objawienia po co istnieją i wglądu we własne wnętrze. Otrzymały wskazówki jak być lepszym człowiekiem.
                                                                         

 Owoce .

Jak Ekwador, to muszą być banany i platany- banany warzywne, które się je grillowane, gotowane lub smażone. Innym towarem eksportowym są krewetki i kwiaty.

Babaco.

Rośnie w Andach, na drzewach z gatunku melonowatych. W przekroju ma kształt gwiazdy i nie ma pestek. Sok z babaco jest bardzo smaczny, ani słodki, ani kwaśny, idealny.

Pitaya.

Inaczej-  smoczy owoc. Pochodzi z Ameryki Środkowej i jest owocem kaktusa. Często spotykany w pięknym bordowym kolorze. Smaczny i słodki.

Granadilla.

Męczennica języczkowata. Bardzo smaczna, rosnąca w Andach kuzynka kwaśniejszej marakui.

Lulo.

Owoce są podobne do pomidorków koktajlowych, kwaskowata. Bogata w witaminy, przeznaczana na przetwory.

Guanabana.

Albo soursop, flaszowiec. Rośnie na drzewie do 10 m. wysokości. Kwitnie przez cały rok, a jadalne owoce dojrzewają w każdym miesiącu. Bardzo smaczny, smakuje jak czerymoja, ale jest bardziej kwaśny i  ma więcej pestek.

Tamarillo, Tomate de Arbol.

Najlepszy w sokach, kwaskowaty. Inaczej-pomidor drzewny.

CZERYMOJA.

Mark Twain spróbował na Hawajach i okrzyknął najlepszym owocem świata.
Smakuje jak najlepsze lody waniliowo-brzoskwiniowo-gruszkowe. Silnie uzależnia. Podłużne z pesteczkami to kwaskowate taxo.

ACHOTILLO, RAMBUTAN.

Czerwony, kolczasty smakuje jak liczi. Duża czerwona guawa.  Czerwona skórka bananów, to odmiana o kremowej barwie i intensywnym smaku, bardzo smaczna.  
W Ekwadorze dostaje się jakiś drobny dodatek za zakupy, nazywa się japa, nam wrzucono truskawki.

Kilka ciekawie spędzonych godzin, w których mogłam skonfrontować mgliste pojęcie o kolorowych ludziach noszących filcowe kapelusze i uprawiających modne ostatnio zboża.

Byłam zachwycona, Indianie Keczua,  jak wszyscy Ekwadorczycy, są bardzo mili i przyjaźni. Wróciliśmy do naszej bazy wypadowej w Latacunga, miasteczka zasługującego na osobny temat. Dziękuję za wspólne podróżowane, czekam na każdy ślad i do następnej przygody!

Nad dachami Quito.

Quito.

Duże metropolie męczą,  ale nie Quito. Miasto  wtulone w stok wulkanu na wysokości 2800 metrów intryguje od pierwszego wejrzenia. Można wspiąć się  na większość kościołów, żeby zobaczyć bezkres, a dla niezapomnianych wzruszeń wjechać kolejką na wulkan Pichincha (4100m).

Widok na Andy przyćmił wszystko co do tej pory było na szczycie zachwytów.   Muzea posiadają skarby nieznanych kultur prekolumbijskich, a po ulicach chodzą Cholas i mężczyźni z warkoczami do pasa.

Zaczynałam się uśmiechać rano, a poczucie niewiarygodnej przygody się natężało. Brzmi  zachęcająco? Czego nie potrafię opisać, wynagrodzą zdjęcia.

     PLAZA DE LA INDEPENDENCIA.   

Quito zostało podbite przez Inków pod koniec 1400 roku i stało się bardzo ważnym ośrodkiem. Niestety nie ma żadnych inkaskich pozostałości.  Sami zrównali wszystko z ziemia, kiedy zbliżali się hiszpańscy konkwistadorzy.

Quito,

  Obecne miasto zostało założone  przez Hiszpanów na inkaskich ruinach w 1534 roku. Posiada jedno z najbogatszych i najlepiej zachowanych historycznych centrów hiszpańskiej Ameryki.

Quito. Plaza de la indepencencia

Zostało wpisane na listę UNESCO w 1978 r.  jednocześnie z Krakowem!

Quito. Plaza de la indepencencia

  Budowa katedry w Quito, z dachu której pokazuję Plac Niepodległości, rozpoczęła się w latach 1562-1567.

“Ostatnia Wieczerza” ze świnką morską jest przykładem indiańskich wpływów na sztukę sakralną.   Koniecznie zajrzyjcie “Ostatniej wieczerzy w Quito”, gdzie tropimy kolejny obraz ze świnką.

  Tego dnia odbywała się pokojowa demonstracja przed Pałacem Prezydenckim. Przygotowano transparenty, skandowano hasła, a z daleka czuwała policja.

Do nas podeszło dwóch miłych panów pytając, czy czujemy się bezpieczni i czy potrzebujemy pomocy. Ekwadorskim zwyczajem wierzyli, że zrozumiemy każde słowo wypowiedziane po hiszpańsku, jeżeli tylko będą wymawiali słowa wolno. A potem poprosili o wspólne zdjęcie.   Wiedzieliście, że kapelusze panamskie robi się w Ekwadorze?  

     PALACIO DE GOBIERNO. 

Jedną z  atrakcji historycznego centrum Quito jest Pałac Rządowy, rezydencja i oficjalne miejsce pracy Prezydenta Republiki Ekwadoru. Lenina.

Lenin Moreno jest prezydentem Ekwadoru, imię dostał na cześć Władimira Iljicza. Zawsze coś się ciekawego dzieje w tym miejscu. Koncert grupy religijnej, albo występy młodych Indian.

Każdego wieczora słychać było głośny śpiew, okazało się, że starsza pani puszcza nagranie przez śmieszną tubę. Codziennie stoi w tym samym miejscu, ale koncertujących na żywo również nie brakuje.

  Każdy próbuje handlować do późna, nawet jak na placu robi się pusto. Pod filarami siedzą czyściciele butów.  

Shimba.

Oficjalnym językiem Ekwadoru jest hiszpański, ale język  Indian Keczua nadal jest używany. Rdzenni mieszkańcy ubierają się tradycyjnie, można odgadnąć po stroju z jakiego regionu pochodzą.

Elegancki mężczyzna w Quito nosi białe spodnie i ciemnoniebieskie ponczo a na plecach warkocz, który nazywa się shimba. Byłam zafascynowana ich lśniącymi, grubymi warkoczami.Tradycja wywodzi się jeszcze z czasów Inków, nie muszą go obcinać nawet jak idą do wojska.

 Kobiety w Quito  noszą rozpuszczone włosy, ale zauważyłam, że na południu kraju czeszą je w jeden warkocz.

IGLESIA DE LA COMPANIA DE JESUS.    

 Przez tłum barwnych handlarzy i muzyków zbliżamy się do kolejnego wyjątkowego miejsca.

To najpiękniejszy i najbardziej znany ze wszystkich kościołów w Quito, barok po południowoamerykańsku. Budowa trwała 160 lat.

Fasada jest pełna szczegółów,  a w środku kapie złotem. Ustawiono specjalne ruchome lustro, żeby docenić detale w zakamarkach i na sklepieniu. 

Fotografowanie jest zabronione, ale zawsze można okazać skruchę potem.

 Nie bardzo dowierzam informacjom o tonach złota włożonych w zdobienia, ale jest bardzo interesująco. Dla mnie prawdziwa przygoda zaczęła się, gdy weszliśmy na dach.

 Po lewej prawej stronie bieleje Iglesia de San Francisco.

EL PANECILLO

To wzgórze jest widoczne z każdej części miasta. Na wysokości około 3 016 metrów znajduje się pomnik Matki Boskie, La Virgen de Quito (45 m. wysokości).

Ma skrzydła anioła i jest wykonany z siedmiu tysięcy kawałków aluminium. Mieszkańcy nieśmiało porównują ja do figury Chrystusa z Rio de Janeiro.

W czasach gdy czczono słońce, znajdowała się tam słynna świątynia Słońca Templo Del Sol, zdobiona złotem i srebrem.

IGLESIA DE SAN FRANCISCO

Kościół San Francisco, to pierwszy i najważniejszy kościół w Quito. Budowę zaczęto w 1536 roku, nad pałacem Huayny Capac,  który był przedostatnim monarchą Inków. 

  Wnętrze jest bardzo ciekawe.  Hiszpanie zmusili Indian przemocą do przyjęcia nowej wiary, ale jakże pięknie zostali “wykiwani”. Fircyki trzymają na plecach ciężary, a amorki mają inkaskie rysy.

  Bardzo lubię muzykę Ekwadoru, przypomina mi peruwiańską. Towarzyszyła nam cały czas.

  Strome ulice na tej wysokości nie są straszne, za dolara lub dwa można wszędzie dojechać taksówką. Walutą jest dolar amerykański.

Widok z naszego niewielkiego rodzinnego hoteliku. Gospodyni starała się, żeby było jakieś ekwadorski akcent podczas śniadania. Piliśmy soki z owoców o których wcześniej nie słyszałam. Do stołu podawał Mario, Indianin z długim, lśniącym warkoczem na plecach. Pokój był sterylnie czysty, codziennie zmieniali pościel i wszystkie ręczniki. W recepcji urzędowali synowie o tak ujmującym uśmiechu, jakby całe życie na nas czekali.

W porze lunchu (almuerzo) otwierają się jadłodajnie gdzie za 3 dolary można zjeść posiłek z dwóch dań ze świeżo wyciśniętym sokiem.  Można zjeść jeszcze tańszy posiłek od gospodyń czekających z parującymi garnkami w zaułkach.  

NATIONAL MUSEUM QUITO i  MUSEO CASA DEL ALABADO

To dwa niezwykłe miejsca, w których dowiedziałam się o ciekawych ludach i ich sztuce. Było ich tak wiele, można godzinami wędrować z zachwytem.

Kultury Tumaco-La Tolita rozwijały się wokół obecnej granicy Ekwadoru i Kolumbii w tej samej erze, co cywilizacje Grecji i Rzymu.
Artefakty to złota biżuteria, piękne maski i figurki, które odzwierciedlają codzienne życie i obrzędy szamańskie.
 

Kultura Bahia (500 p.n.e-500 n.e.) zostawiła bogatą spuściznę w postaci złotych i glinianych figurek.

  Drugą ikoną Quito, widoczną z każdego punktu jest Basilica del Voto Nacional.   Będziemy tam za chwilę.  Po lewej stronie widać wulkan pokryty lodowcem, a jesteśmy niemal na równiku.    

Yaku, Water Park and Museum

To edukacyjny ośrodek dla dzieci, wzbudziliśmy zainteresowanie szkolnej wycieczki. Jednak widoki stąd były warte wyprawy.

BASILICA DEL VOTO NATIONAL

Istnieje legenda,  że po zakończeniu budowy bazyliki  świat dobiegnie końca, może dlatego jest wciąż niedokończona i to nie ma znaczenia.

W jednym z kościołów szliśmy wąskim średniowiecznym  tunelem- śrubą, poprzetykanym poprzecznymi belkami. Napad klaustrofobii murowany, ale jakie to niezwykłe przeżycie! Nie patrzeć w górę, nie patrzeć w dół, da się!  

  Szłam nad stropem kościoła po kładce z desek, ale od tego co mnie czekało, zakręciło mi się w głowie. To mnie właśnie urzekło w Quito, że wszystkie tajemne zakamarki były dostępne.

 Na zewnątrz kościoła są gargulce inspirowane zwierzętami Ekwadoru:  iguany, żółwie lądowe i pancerniki.

TELEFERICO

Wjeżdżamy kolejką gondolową na szczyt wulkanu Pichincha,  na wysokości 4100 metrów.  W pogodny dzień można stąd zobaczyć 6 wulkanów.

    CALLE LA RONDA  

 Urocza, klimatyczna uliczka. Niekończące się inspiracje dla fotografa.  

Chocolate con Queso

To gorąca czekolada w którą należy włożyć kawałki sera o konsystencji mozzarelli. To prawdziwa, ekwadorska, głęboka czekolada. Mocna i idealna. Na koniec wybieramy lekko roztopione i pachnące czekoladą kawałki sera.

 
Przy zakupie owoców prosiłam o zapisanie nazwy. O nich będzie więcej, kiedy napiszę o barwnym indiańskim targu. Za pięć sztuk płaciło się dolara i były tak smaczne i dojrzałe, że już nie mieliśmy ochoty na kolację.


Ekwador był cudowną niespodzianką, niezwykle mili, uczynni ludzie, spektakularne widoki, czystość, estetyka. Quito to moje drugie ukochane latynoskie miasto obok Cuzco w Peru.

Każda pora dnia przynosiła coś nowego. Poranny chłód w lipcu na równiku był ciekawostką, miało się energię na długie spacery i nowe emocje. Tyle jeszcze zostało do zobaczenia, ale to nic, będzie o czym marzyć.
Dziękuję za towarzyszenie we wspomnieniach, jeżeli spodobało Wam się Quito proszę o zostawienie śladu.

Aleja Wulkanów w Ekwadorze.

Wulkany w Ekwadorze.

Wulkany w Ekwadorze są podzielone na dwa równoległe łańcuchy, w każdym z nich znajduje się  kilka wulkanów powyżej 5000 metrów wysokości.

Najwyższym punktem w kraju jest Chimborazo (6268 m).  Licząc od środka Ziemi, Chimborazo jest wyższy od Mount Everestu o 2 tysiące metrów! 

My zobaczyliśmy 3 wulkany, na mapie poniżej są w czerwonych kółkach. Prawda, że Aleja Wulkanów w niedużym Ekwadorze wygląda nieprawdopodobnie? 

Wulkany w Ekwadorze: Cotopaxi – 5 897 metrów n.p.m.

Jak się spotyka w Ekwadorze Polaków, to od razu podróżników i blogerów!  

Kinga i Marek są od wielu miesięcy przemierzają świat, a potem opisują na swoim blogu : www.podrozofilia.pl. 

Opis ich  wspinaczki na Cotopaxi czyta się jak dreszczowiec. My doszliśmy tylko do lodowca, na tej wysokości jest bardzo ciężko oddychać i się poruszać.

W dodatku wiatr zatyka i człowiek rzęzi jak stary grat. Ale oni poszli na szczyt, i to w nocy!  Polecam ich  relację z tego wyczynu.    

Cotopaxi. jest stratowulkanem, ma stożek zbudowany ze skał piroklastycznych czyli wydostających się z wnętrza wulkanu. Magma zastyga bardzo szybko, dlatego po wybuchach powstaje góra z licznymi warstwami (strata). Stąd wywodzi się nazwa tego typu wulkanów.    

W rankingu najwyższych, aktywnych  wulkanów na świecie,  zajmuje 26 miejsce.  Drażni się z nami i na chwilę odsłania szczyt pokryty wiecznym śniegiem.

Jest czynny od ponad 4 tysięcy lat. Od roku 1738 wybuchał 50 razy. Był uśpiony  od 1942 roku,  ale  w 2015 roku doszło do dwóch erupcji, pył dotarł do przedmieść Quito, oddalonego o 60 km.

Startujemy z wysokości 4800 metrów, do schroniska jeszcze półtora kilometra. Przypominam, że Rysy mają “zaledwie”2503 m n.p.m.  Gdyby to były Himalaje a nie okolice równika, nie mielibyśmy szans.

Aklimatyzacja musiałaby potrwać długo, my prawie z marszu, po kilku zaledwie dniach w Quito ( 2850 m. n.p.m.) Miałam na sobie 4 warstwy i dwa kaptury. Bluza z alpaki była nieoceniona.

Poruszaliśmy się bardzo wolno i z wielkim trudem. Trudno mi teraz w to uwierzyć, ale rozrzedzone powietrze plus wiatr dramatycznie utrudniały maszerowanie.

Jest bardzo pięknie, a kolor nieba taki intensywny.

W schronisku wbijamy sobie pieczątki do paszportu i pijemy herbatkę z koki, nasz przewodnik mówi, że mam ją wyłowić i żuć. Ma zapobiec przykrym objawom choroby wysokościowej.

 Próbujemy podejść do lodowca.

W 1972 roku polscy i czechosłowaccy alpiniści zeszli po raz pierwszy na dno krateru, około 350 m poniżej szczytu.

Do lodowca wciąż niewyobrażalnie daleko, każdy krok jak kilometr, ale czy ja śniegu w życiu nie widziałam i nie dotykałam? Postanowiliśmy zacząć świętować od razu.

 Pujili.

Rynek w Pujili ( Puchili) odbywa się w każdą niedzielę. Indianie Keczua z okolicznych wiosek i miasteczek gromadzą się, żeby zarobić na życie. Różnorodność ogromna, nie rozpoznawałam wszystkich  ziaren i zbóż.

Wiele kobiet nosiło dzieci w chustach na plecach, kiedy maluchy zgłodnieją są karmione piersią bez ukrywania się. To dwie godziny drogi od Quito, dlatego  nie ma turystów, jest pięknie. Jeszcze egzotyczniejszy rynek, bo z polową kuchnią, opisałam w poście pt ” Indianie Keczua”.

  

Wulkany w Ekwadorze: Quilotoa

Po serii  potężnych wybuchów,  w 1280 roku doszło do największego i to była jedna z największych erupcji na świecie w ciągu 1 000 lat.  Powstała kaldera, czyli wielkie zagłębienie w szczytowej części wulkanu, inaczej mówiąc- dziura po zapadnięciu stożka. 

W ten sposób wewnątrz wulkanu Quilotoa,  na wysokości czterech tysięcy metrów powstało unikalne jezioro. Jego głębokość to 250 metrów! Średnica wynosi 3 kilometry.

Do lustra wody od obrzeży wulkanu jest 400 metrów.

Obawiam się, że nawet najlepszy aparat nie odda potęgi i piękna tego miejsca. Z każdym lśnieniem słońca woda zmienia barwy, wieje silny wiatr i mimo pogodnego dnia, natura przypomina na jakiej wysokości się znajdujemy.

Po wschodniej stronie jeziora są bulgoczące gorące źródła i czuć zapach siarki.

Krater Quilotoa mierzy piętnaście kilometrów wokół obręczy. Bardzo wielu ludzi wjeżdża na konikach z dołu za 10 dolarów. Okrutne to, jest bardzo ciężko wdrapywać się bez człowieka na plecach.

Mam słabość do alpak i uwielbiam ciepłe wdzianka z ich wełny.

Jadąc widzimy świnki , musimy się zatrzymać na zdjęcie. Uprzedzam pytania, nie,  nie jadam stworzonek do tulenia.  Porcja z ziemniakami i sałatą kosztuje 15 dolarów.

Lepiej wybrać coś w restauracji.

Wulkany w Ekwadorze: Chimborazo (6 310 m.)  

To najwyższy aktywny wulkan Ekwadoru i najwyższy w północnej andyjskiej strefie wulkanicznej. Masywny, pokryty lodem stratowulkan leży na południowo-zachodnim krańcu głównego ekwadorskiego łuku wulkanicznego, tzw. “Avenida de los Volcanes” 

Chimborazo wybuchł co najmniej 7 razy w ciągu ostatnich 10 000 lat.  Erupcje te wywołały  fale sięgające do 3800 m wysokości.  Średnia przerwa między pojedynczymi erupcjami wynosi około 1000 lat, a ostatnia erupcja nastąpiła około 1400 lat temu.

Mieliśmy szczęście, że przyszła i pozowała zupełnie jak na zdjęciach z folderów turystycznych.


Vicuna, to wielbłądowaty krewniak lamy.
Żyją w Andach do wysokości 4 800 m. Zęby rosną im całe życie, dlatego mogą gryźć twarde rośliny.

Vicunia.

Dzięki pomocy Peru ( mają ją w herbie) odbudowano stado  vicunii w Ekwadorze, obecnie liczy 350 tysięcy. Vicunie były cenione od czasów Inków, za wyjątkową wełnę. Jest bardzo kosztowna, bo można ja pozyskiwać tylko co 3 lata, w dodatku od dziko żyjących zwierząt.


Bardzo miękka i ciepła. Żeby zapobiec kłusownictwu łapie się co rok osobniki z futrem dłuższym niż 2.5 cm. i ścina je. widzieliśmy w oddali wielkie stada.  Żyją w grupie po kilkanaście z jednym samcem.

Chmury spektakularnie otulają szczyt. Podjeżdżamy jeepem do wysokości 4800 metrów n.p,m.

Według indiańskich legend, Chimborazo rywalizował z wulkanem Cotopaxi o miłość do wulkanu Tungurahua.

Chimborazo wygrał , a owocem tej miłości jest wulkan Pichincha, z widokiem na Quito.

Bajeczny, księżycowy wulkaniczny krajobraz.

Na wysokości 5 tys. metrów znajduje się schronisko, stamtąd wyrusza się na szczyt.  Nasz przewodnik zdobył Chimborazo dwa razy i zajęło mu to 8 godzin, schodzenie trwa połowę krócej. Przewodniki podają, że wejście zajmuje 10 godzin.

Nie wszyscy wrócili, mały cmentarzyk.

W tak ciężkich warunkach można się rozdwoić, a nawet roztroić.

Chimborazo wyższy od Everestu?

Wyższy od Mount Everestu o dwa kilometry, jeżeli zmierzy się od środka Ziemi, a nie od poziomu morza.  Tereny położone na równiku są najdalej położone od środka Ziemi, odległości ta się zmniejsza na biegunach, które są spłaszczone przez ruch obrotowy Ziemi.

Nie przeżyłam nigdy niczego podobnego. Wulkany w Ekwadorze to potęga o jakiej nie miałam pojęcia.

Wulkan Cotopaxi zobaczyliśmy jeszcze w Quito na lotnisku. Jest oddalony o ponad 100 kilometrów!

Ludzie żyjący tak samo od setek lat, uprawiający ziemię na stokach gór budzili ciekawość i szacunek.

Kupiłam  pęczki niezwykle aromatycznego czosnku, doprawiam dania i czuję, że są wyjątkowe. Posadzę w moim ogrodzie i zobaczę co z tego wyniknie.  To była niezwykła podróż i cieszę się, że mogłam zobaczyć te cuda. 

Ostatnia Wieczerza w Quito.

Convento de San Diego. 

Gdzie jest świnka, gdzie el cuy? zapytał Krzyś zakonnika. W jego głosie było tak wielkie rozczarowanie, że młody chłopak się roześmiał i szybko pocieszył: jest, jest, na obrazie Miguela de Santiago pt. “Ostatnia wieczerza.

    Każdy przyzna, że można się było zdenerwować, prawda? Pusty stół, zamalowali, czy jak? Kiedy znalazłam informację, że w Quito znajduje się “Ostatnia wieczerza” ze świnką w menu,  nie musiałam dłużej namawiać Krzysia na Ekwador. 

Zakon franciszkański z XVI wieku, jest bardzo dobrze zachowany. Był pierwszym zgromadzeniem w Ekwadorze i drugim w Ameryce Łacińskiej.  

Zwiedzanie Museo del Padre Almeida.

Zaczęło się zwyczajnie,  kupiliśmy bilety u bardzo poważnej pani z największym pękiem kluczy, jaki widziałam. Atmosfera zauroczyła nas od razu, obcy, melodyjny język w tych wnętrzach doprawiał smaku.

Nie sądziłam, że dama zechce nas oprowadzić, nie miałam pojęcia jakie cuda skrywa klasztor. Musiała sobie zdawać sprawę, że  potrafię tylko się przywitać, powiedzieć, że bueno i bonita, oraz podziękować po hiszpańsku.

Zasób słów Krzysia jest duży, ale się pogubił słuchając o średniowiecznej sztuce. Pani nie zamierzała przejmować się naszym niedouczeniem, omówiła sumiennie ważne eksponaty i użyła każdego kluczyka z pęku, który widać na filmie. Pomieszczeń było bez liku a wszędzie setki malowideł i rzeźb.
 
Było warto, klasztor jest pełen skarbów, a jego klimat i legendy przypomniały mi “Imię róży” Umberto Eco. Byłam zafascynowana, czego nie dorozumiałam, to sobie potem przeczytałam. Zaczynamy:

Szczątki doczesne braciszków.

  Wczesny katolicyzm wyrażano mocno, trzeba było wstrząsnąć  narodem. Aż się wzdrygnęłam na widok postaci obryzganych szczodrze krwią, z niewysłowionym cierpieniem na twarzach. Równie dramatycznie jest w innych kościołach.

 

A oto sam  Padre Almeida, ksywka Rozpustny.

Wymykał się z klasztoru i wiódł rozpustne, hulaszcze, nocne życie. Przez zamknięte wrota nikt nie mógł wyjść, więc  używał krzyża jako drabiny, żeby dostać się do okna. Aż pewnego dnia Jezus przemówił- Jak długo jeszcze?

Bezczelny braciszek odparł-  aż wrócę. A kiedy wracał pijany, wpadł na widmowy kondukt pogrzebowy,  w trumnie zobaczył samego siebie. Od tej pory zmienił się radykalnie i stał wzorem dla innych.  

  Klasztorne, średniowieczne korytarze.  

 

Po prawej stronie najstarsza, cudowna figurka. Chroniła przed wybuchami wulkanu.

 “Ostatnia wieczerza” Miquel de Santiago.

 Artysta był porywczy i fanatycznie oddany pracy. Kiedyś poprosił żonę o czuwanie nad najnowszym malowidłem, niestety świnia ( zwierzę, nie żona) pobrudziła płótno.

Przerażona kobieta poprosiła najlepszego ucznia męża o pomoc. Na nic te zabiegi, Miquel od razu zauważył inną rękę, wściekły obciął żonie ucho.  

Druga legenda opowiada o tym, że tak obsesyjnie pracował nad realizmem postaci Jezusa na krzyżu, że przebił włócznią modela. Nareszcie widział autentyczne męki i odpowiedni wyraz cierpienia na twarzy, malował w zapamiętaniu nie patrząc, że człowiek umiera. Właśnie z tego powodu schronił się w klasztorze ze strachu przed karą.  

Cuy- świnka morska i humita-  prekolumbijskie danie ze świeżo zmielonej kukurydzy, przypraw i cebuli na stole.   Tego dnia jedliśmy taki chlebek na śniadanie,  przygotowany przez naszą  gospodynię w rodzinnym hoteliku. Ciasto zawija się  w liść kukurydzy i gotuje.

 

  Namalował to, co uważają od czasów prekolumbijskich za najlepsze. Proszę, oto przysmak, 15 dolarów za porcję z ziemniakami i warzywami.

 

Hieronim Bosch.

A potem otworzyły się drzwi do najcenniejszego dzieła. Obraz namalował niderlandzki malarz  Hieronim Bosch (1450-1516). Przedstawia przejście do innego świata.    “PASO DE LA VIDA A LA ETERNIDAD”

  Przez piekarnię.  

  Dziedzińce.  

  Strychy.  

  Madame hyc i …wskoczyła na dach, a my za nią gęsiego po rynnie.  

  Zaparło dech, widok był fantastyczny.  

  Pani widziała nasze rozdziawione twarze i lekko się uśmiechała, wiedziała, że tak będzie. Znają język, czy nie, nie zostaną obojętni.  

 
Niebo bardziej niebieskie, chmury bardziej skłębione, cała Ameryka Południowa jest intensywniejsza.

 
W oddali wzgórze El Panecillo i 45- metrowa figura Matki Boskiej- La Virgen de Quito.

 

Obok klasztoru jest  niezwykły cmentarz, piękny jak park, z niezwykłymi roślinami.

 
Grobowce mają ciekawe napisy, cytatu i historię.

  To nie jest jedyny raz, kiedy oglądaliśmy  Quito z dachu. Za każdym razem zachwyt nad niezwykłym kolorem nieba, kopułami kościołów, otaczającymi górami wywoływał uśmiech.

To bardzo piękne miasto, z cudowną kolonialną starówką, przemiłymi ludźmi i mam zamiar właśnie tak je pokazać. Na początek postanowiłam zaprezentować słynne malowidło, które nas zaintrygowało i zachęciło do zobaczenia Ekwadoru.

Jest jeszcze jedna “Ostatnia wieczerza” w katedrze w Quito, namalowana na ścianie. Od tej pory widzieliśmy stolicę z coraz wyższych budowli i wzniesień i ciągle mam te widoki przed oczami. Uwielbiam Ekwador!