Czirokezi (Cherokee) to jedno z najstarszych rdzennych plemion Ameryki Północnej. Przez wieki rozwijali swoją kulturę w zachodnim paśmie Appalachów – w majestatycznych Great Smoky Mountains, na pograniczu Północnej Karoliny i Tennessee.
To właśnie stąd wyruszyli w dramatyczną Drogę Łez – przymusowe przesiedlenie, które w XIX wieku kosztowało życie tysięcy ludzi. Wbrew wszystkiemu, ich duch przetrwał. Dziś potomkowie tych, którzy ocaleli, żyją tu nadal, pielęgnując tradycje, język i duchowość swoich przodków.
Czirokezi dziedziczyli po matkach, mieszkali w solidnych, drewnianych chatach, żywili się dzikimi warzywami i mięsem upolowanym w górskich lasach. Ale tym, co naprawdę ich wyróżnia, była duchowa struktura życia – ścieżka wewnętrznego rozwoju, prowadząca przez siedem poziomów, nadzorowanych przez siedem klanów. Każdy z nich miał swoje zadania, a harmonia między nimi miała przeprowadzić człowieka spokojnie z tego świata do świata duchów.
Ich język, jeden z najstarszych w Ameryce, przetrwał dzięki alfabetowi stworzonym przez Sequoyah. Już w XIX wieku Czirokezi wydawali własną gazetę, a dziś ich język znów rozbrzmiewa w dolinach Smoky Mountains. Wędrując po Parku Narodowym, można poczuć echo tych tradycji, mgła snująca się po szczytach gór według wierzeń Czirokezów była zasłoną między światem ludzi a światem duchów.
Góry nie były tylko domem, ale świątynią. Każdy kamień, strumień i drzewo miały swoje znaczenie.
Pojechaliśmy do miasteczka Cherokee, by spotkać potomków dawnych wojowników i zajrzeć w mgłę, która nie tylko otula krajobraz, ale też pamięć.
Zapraszam was do świata Czirokezów, niezłomnych Indian, których kultura przetrwała wieki. Po drodze możecie stanąć oko w oko z łosiem, a w miasteczku Gatlinburg odkryć amerykańskie Zakopane.
SPIS TREŚCI
Matriarchat u Czirokezów

W społeczeństwie Czirokezów to kobieta była głową rodziny. Dziedziczenie odbywało się w linii żeńskiej, dlatego każdy automatycznie należał do klanu swojej matki. Jako ta, która daje życie, kobieta była szanowana, a jej rola otoczona przywilejami.
Miała prawo do ziemi, do decyzji, do głosu w sprawach wspólnoty. Jej dom był centrum życia rodzinnego, a jej bracia pełnili funkcję wychowawców dzieci.
Małżeństwa między osobami z tego samego klanu, zarówno matki, jak i ojca, były surowo zakazane. W oczach wspólnoty wszyscy członkowie klanu byli braćmi i siostrami.
Złamanie tego zakazu uznawano za kazirodztwo, które karano śmiercią. Kobieta sama wybierała sobie męża, i mogła go zmienić, kiedy tylko uznała, że tak będzie lepiej. Nie było ceremonii, nie było przysięgi, była decyzja — i wspólne życie, dopóki miało sens.
Dzieci zostawały przy matkach. Tradycji klanu uczyli ich nie ojcowie, lecz wujkowie, bracia matki. Mężczyzna po rozwodzie wracał do domu swojej siostry i tam zajmował się wychowywaniem jej synów. To nie był upadek, to była rola — równie ważna jak każda inna.
Czirokezi mówili prawdę albo milczeli. Cenili ciszę, słowo było dla nich przywilejem, którego nie nadużywano. Dla białych przybyszów ta powściągliwość bywała niezrozumiała, czasem wręcz kłopotliwa. Ale dla Czirokezów milczenie było formą szacunku, a mowa — narzędziem, nie ozdobą.
W ich języku nie było słowa na „posiadanie” w europejskim sensie. Nie mówiło się „moja ziemia”, lecz „ziemia, którą się opiekuję”. Nie „moja żona”, lecz „kobieta, z którą dzielę życie”. To nie była bieda językowa, to była filozofia – oparta na współistnieniu, nie na dominacji.
Wspólnota Czirokezów była zbudowana na równowadze. Siedem klanów, siedem ścieżek rozwoju, siedem poziomów duchowego dojrzewania. Każdy człowiek miał swoje miejsce, ale też swoją drogę. I choć wiele z tych zasad zostało zniszczonych przez kolonizację, ich echo wciąż rozbrzmiewa w dolinach Smoky Mountains.
Uprzejmość tych dzikusów jest rzeczywiście przesadna, ponieważ nie pozwala im zaprzeczać. W ten sposób unikają sporów, ale trudno jest poznać ich umysły, lub wrażenie jakie na nich robisz. Misjonarze, którzy próbowali nawrócić ich na chrześcijaństwo, narzekają, że to najtrudniejsza z ich misji. Indianie z cierpliwością słuchają wyjaśnianych im prawd Ewangelii i wyrażają aprobatę, a to tylko zwykła uprzejmość. Benjamin Franklin


Czirokezi – siedem klanów
Za rozwój duchowy Czirokezów odpowiadało siedem klanów. Każdy z nich miał swoje zadania, swoje rytuały, swoje miejsce w strukturze wspólnoty. Jeden zajmował się leczeniem, inny nauczaniem, kolejny opieką nad rytuałami przejścia. Ale wszystkie klany miały równe prawa, żadnego nie stawiano ponad innymi. To nie była hierarchia, lecz krąg – zamknięty, harmonijny, oparty na współdziałaniu.
Każdy człowiek rodził się w klanie swojej matki, i to właśnie ten klan wyznaczał jego duchową ścieżkę. Klany nie były tylko strukturą społeczną, ale też mapą rozwoju wewnętrznego. Wierzono, że ludzka dusza przechodzi przez siedem poziomów, a każdy z nich odpowiada jednej z duchowych funkcji klanu. To była droga, którą człowiek podążał przez całe życie — od narodzin, przez naukę, pracę, służbę, aż po odejście do świata duchów.
Każdy klan miał swój totem, swój kolor, swoje symbole. W ceremoniach pojawiały się konkretne zioła, pieśni, gesty – wszystko miało znaczenie. Wspólnota nie istniała bez tej duchowej architektury. Nawet w codziennych decyzjach – przy wyborze partnera, przy wychowaniu dzieci, przy rozwiązywaniu sporów — obecność klanów była wyczuwalna.
Dziś potomkowie Czirokezów nadal znają swoje klany, choć wiele rytuałów zostało zapomnianych lub przekształconych. Ale idea siedmiu ścieżek, siedmiu funkcji, siedmiu poziomów duchowego dojrzewania – wciąż żyje. I właśnie od niej zaczyna się każda opowieść o Czirokezach.


Klan Dzikich Ziemniaków – strażnicy Ziemi
Klan Dzikich Ziemniaków był odpowiedzialny za rolnictwo, zbieractwo i utrzymanie równowagi między człowiekiem a naturą. W czasach, gdy polowania kończyły się niepowodzeniem, to właśnie oni dbali o wykarmienie całej wioski.
Najważniejszy był zbiór dzikich ziemniaków wzdłuż strumieni – rośliny, która rosła dziko, była odporna na warunki pogodowe i stanowiła podstawę wyżywienia Czirokezów. W rzeczywistości chodziło najczęściej o Jerusalem artichoke, czyli słonecznik bulwiasty, którego korzenie były pożywne, łatwe do przechowywania i dostępne przez większą część roku.
Wybraliśmy dziki ziemniak jako symbol naszego klanu, ponieważ przypomina nam, że nasze człowieczeństwo jest ważniejsze od ego. Dziki ziemniak jest szorstki na zewnątrz, ale w środku jest pożywny i słodki. Dajmy się osądzić za to, co jest w środku (w naszych sercach), a nie za to, co widoczne na zewnątrz
Klan Wilków – przywódcy i obrońcy wspólnoty


Wszyscy wodzowie Czirokezów pochodzili z Klanu Wilków. To oni od pokoleń tropili wilki, tresowali wilcze szczenięta i uczyli się od nich lojalności, wytrwałości i instynktu ochrony. Wilk był dla nich nie tylko zwierzęciem, ale wzorem przywództwa — działał w grupie, bronił słabszych, nie szukał konfliktu, ale był gotów do walki, gdy zagrożona była jego wataha.
Członkowie Klanu Wilków byli odpowiedzialni za bezpieczeństwo wspólnoty. To oni podejmowali decyzje w chwilach kryzysu, prowadzili ludzi przez trudne czasy, organizowali obronę i wyprawy. Ich rola nie polegała na dominacji, lecz na służbie. Wódz nie był wybrany dla siły, lecz dla mądrości, odwagi i zdolności do przewidywania. Wilk w tradycji Czirokezów symbolizował równowagę między niezależnością a wspólnotą — cechę, którą każdy przywódca musiał pielęgnować.
Klan Farby – uzdrowiciele i strażnicy ognia
Z Klanu Farby pochodzili wybitni uzdrowiciele, szamani i duchowi przewodnicy. To oni strzegli świętego ognia, który płonął w centrum wioski i symbolizował życie, pamięć oraz więź z przodkami. Przed odprawieniem rytuałów malowali twarze czerwoną farbą — nie dla ozdoby, lecz jako znak gotowości do wejścia w przestrzeń duchową.
Członkowie tego klanu przygotowywali lecznicze wywary, zbierali zioła, odprawiali ceremonie oczyszczenia i prowadzili ludzi przez najważniejsze momenty życia – narodziny, dojrzewanie, śmierć. Wiedza o roślinach, o ciele i duszy była przekazywana z pokolenia na pokolenie. Malowanie miało znaczenie rytualne – farba była nie tylko kolorem, ale też nośnikiem intencji, ochrony i energii.
Klan Farby nie tylko leczył, ale też interpretował sny, znaki i wizje. Ich obecność była niezbędna w każdej ceremonii, bo to oni otwierali przestrzeń między światem ludzi a światem duchów. W ich rękach ogień nie był tylko płomieniem – był pamięcią, siłą i przewodnikiem.
Z tego klanu pochodzili wybitni uzdrowiciele i szamani. Strażnicy świętego ognia. Malowali twarze czerwoną farbą przed odprawieniem rytuałów. Przygotowywali wywary lecznicze. Byli odpowiedzialni za przekazywanie wiedzy o życiu, narodzinach i śmierci.
Klan Długowłosych – strażnicy pokoju i godności


Członkowie Klanu Długowłosych starali się o przywrócenie pokoju, dbali o jeńców wojennych, sieroty i ludzi bez przynależności klanowej. W społeczeństwie Czirokezów brak klanu oznaczał brak praw – nawet prawa do życia.
Dlatego to właśnie Długowłosi przyjmowali tych, którzy nie mieli dokąd wrócić. Ich rola była delikatna, ale fundamentalna — przywracali ludziom miejsce w świecie.
Nosili wyszukane fryzury, poruszali się dumnie, zawadiacko poruszając ramionami. Ich wygląd był znakiem godności, nie próżności.
Fryzura była formą komunikatu — mówiła: „jestem częścią wspólnoty, mam swoje zadanie, nie jestem obcy”. Długowłosi byli często wybierani na wodzów pokoju, bo potrafili słuchać, łagodzić spory i przywracać równowagę tam, gdzie ją utracono.
Klan Ptaków – pośrednicy między światami
Ludzie z Klanu Ptaków opiekowali się ptakami. Czirokezi wierzyli, że ptaki pośredniczą między ziemią a zaświatami — ich lot był symbolem duchowej podróży, a ich śpiew przypomnieniem, że świat duchów jest blisko. Klan Ptaków miał szczególną odpowiedzialność — tylko oni mogli dostarczać plemieniu święte orle pióra, potrzebne do najważniejszych ceremonii.
Zabicie orła było dozwolone tylko zimą lub późną jesienią, po zebraniu plonów i wycofaniu się węży do jam. Człowiek z Klanu Ptaków ruszał w góry, żeby pościć i modlić się przez cztery dni. Potem zabijał jelenia, kładł go na klifie i śpiewem przywoływał orła. Kiedy orzeł zaczął rozszarpywać jelenia, zabójca orłów wypuszczał strzałę i prosił orła, żeby mu wybaczył i nie szukał zemsty na jego plemieniu.
Mijało jeszcze kilka dni, zanim odprawili wszystkie rytuały i umieścili pióra w specjalnej chacie. Potem odbywał się taniec orła — ceremonia wdzięczności, pojednania i duchowego połączenia. Pióra nie były trofeum, lecz dar, który wymagał pokory, modlitwy i odpowiedzialności.


Klan Jeleni – posłańcy i myśliwi z sercem
Ludzie z Klanu Jeleni byli znani ze swojej szybkości. Biegali lekko, cicho, z gracją przypominającą zwierzęta, które tropili. To oni roznosili wiadomości od wsi do wsi, przekazywali wieści, ostrzeżenia i zaproszenia na ceremonie.
Ich nogi były jak skrzydła — nieśli słowo, zanim dotarło echo.
Ich głównym zadaniem było polowanie, ale nie traktowali go jako dominacji nad naturą. Szanowali zwierzęta i dbali o nie. Przed zabiciem jelenia przepraszali go, tłumaczyli, dlaczego to robią, prosili o wybaczenie i obiecywali, że nic się nie zmarnuje.
Wierzyli, że każde życie ma wartość, a śmierć musi być uzasadniona i otoczona rytuałem. Jelenie były dla nich nie tylko źródłem pożywienia, ale też nauczycielami — uczyły czujności, wdzięku i równowagi.
Klan Niebieskich – uzdrowiciele dzieci i strażnicy ogrodów
Blue Holly, niebieski ostrokrzew, był rośliną leczniczą, z której Klan Niebieskich wytwarzał lekarstwo dla dzieci. To oni dbali o ogrody pełne ziół, prowadzili szpitale, zbierali rośliny w odpowiednich fazach księżyca i przygotowywali wywary, które leczyły ciało i uspokajały duszę.
Ich wiedza była przekazywana przez pokolenia — nie z ksiąg, lecz z doświadczenia, obserwacji i intuicji. Wiedzieli, kiedy roślina „mówi”, że jest gotowa do zbioru, i kiedy ziemia potrzebuje odpoczynku. Leczyli nie tylko choroby, ale też lęki, bezsenność, żal po stracie. Ich ogrody były miejscem ciszy, modlitwy i regeneracji.

Czirokezi i ich wioska Oconaluftee

Czirokezi prowadzili osiadły tryb życia, dlatego nie mieszkali w wigwamach, lecz w wygodnych, ogrzewanych domach z drewna i gliny. Domek z XVIII wieku, który dziś można zobaczyć w Oconaluftee, jest wierną kopią ich domostw — z paleniskiem pośrodku, grubymi ścianami i niskim wejściem, które chroniło przed zimnem.
Wioska Oconaluftee to nie tylko rekonstrukcja, ale żywe muzeum — miejsce, gdzie można zobaczyć, jak wyglądało codzienne życie Czirokezów w XVIII wieku, zanim europejskie osadnictwo zaczęło wypierać ich z własnych ziem. Wędrując po ścieżkach tej wioski, trafia się na warsztaty rzemieślnicze, rytualne miejsca, ogrody z leczniczymi ziołami i domy, w których odtwarzane są dawne zwyczaje.
W centrum wioski znajduje się siedmioboczna rada — miejsce zgromadzeń, debat i ceremonii. Każdy bok symbolizuje jeden z klanów, a cała konstrukcja przypomina, że wspólnota Czirokezów była oparta na równowadze i współdziałaniu. W pobliżu znajduje się także święty ogień, który płonie nieprzerwanie jako znak pamięci i duchowej obecności przodków.


W tym miejscu Czirokezi zajmowali się leczeniem chorych



Czirokezi, Miejsce zgromadzeń i symbole klanów

Czirokezi tańczą dla nas





W Oconaluftee można spotkać potomków Czirokezów w tradycyjnych strojach, którzy opowiadają historie, pokazują jak wyrabia się kosze, strzały, ceramikę, i jak wyglądały rytuały przejścia. To nie jest skansen, to miejsce, które oddycha historią. Nawet powietrze zdaje się tam być inne, jakby niosło szept dawnych pieśni.
Ich taniec to nie występ, lecz ceremonia. Kroki są powtarzalne, ale nie mechaniczne — każdy ruch ma znaczenie, każdy gest niesie pamięć. W tańcu Czirokezów widać rytm natury, cykl życia, wdzięczność dla przodków i szacunek dla ziemi. Niektóre tańce, jak Bear Dance czy Corn Dance, odtwarzają relacje między człowiekiem a zwierzęciem, między pracą a modlitwą.
Tancerze poruszają się w kręgu, często w rytmie bębna, który symbolizuje bicie serca wspólnoty. Stroje są bogate w detale — pióra, koraliki, ręcznie tkane pasy — ale to nie ozdoba, to język. Każdy element mówi coś o klanie, o roli, o historii.


Rzeka Oconaluftee, Czirokezi i ich własne pismo

Wieś i rzekę Czirokezi nazywali się tak samo – Oconaluftee co w ich języku znaczy „nad rzeką”.

Czirokezi opracowali własne pismo w XIX wieku – alfabet sylabiczny stworzony przez Sequoyah, który pozwolił im nie tylko zapisywać swój język, ale też wydawać własną gazetę i dokumentować tradycje. To jedno z niewielu rdzennych plemion, które stworzyło system pisma bez wpływu zewnętrznych kultur. Dla Czirokezów słowo pisane stało się narzędziem przetrwania, pamięci i dumy.
Ich rzemiosło było równie wyrafinowane. Misternie uplecione koszyki z trzciny rzecznej — river cane — były nie tylko praktyczne, ale też piękne. Trzcina rosła w gęstych zaroślach wzdłuż strumieni Appalachów, a jej włókna były dzielone, wygładzane i barwione naturalnymi wyciągami z roślin. Czerń uzyskiwano z korzeni orzecha włoskiego, czerwień z korzenia puccon, a żółć pozostawała naturalnym kolorem trzciny.
Koszyki były tak gęsto plecione, że potrafiły zatrzymać wodę. Wzory były geometryczne, rytmiczne, często podwójnie tkane – zewnętrzna warstwa chroniła wewnętrzną, tak jak tradycja chroniła ducha. Kobiety były głównymi twórczyniami, ale mężczyźni pomagali zbierać i przygotowywać materiał. To było wspólne dzieło, tak jak wspólna była pamięć.


Czirokezi i Szlak Łez
„W naszej okolicy jest około sześciu tysięcy Indian. Ich domy są grube i wszyscy cicho pracują na swoich małych farmach, jakby nie zbliżało się zło. Sprzedają nam wszystko bardzo tanio, a zwykłych żołnierzy traktują jak przyjaciół. To są niewinni i prości ludzie, których musimy siłą wyrzucać z domów. Nie mają pojęcia o walce, poddają się po cichu i wychodzą związani.”
— relacja żołnierza z 1838 roku
W tym roku zaczęła się najboleśniejsza część historii Czirokezów. Wojsko uwięziło ponad szesnaście tysięcy osób, których potem eskortowano do dzisiejszej Oklahomy. Mordercza wędrówka trwała sześć miesięcy. Ponad cztery tysiące Indian zmarło z powodu chorób, głodu i bardzo ciężkiej zimy. Indianie Creek z Georgii podzielili ich los. Droga ta przeszła do historii jako Szlak Łez — nie z powodu poetyckiego brzmienia, lecz dosłownego cierpienia.
Chociaż większość Czirokezów z Północnej Karoliny poddała się przymusowemu usunięciu, kilkaset osób ukryło się w górach. Dzięki czujności i doskonałej znajomości lasów byli nie do schwytania. Wśród nich był Tsali – prosty rolnik, który oddał życie, by jego lud mógł pozostać na ziemi przodków. Jego ofiara pozwoliła około 800 osobom uniknąć deportacji i pozostać w Appalachach.
Usunięcie Indian było, jak pisał Howard Zinn, „niezbędne, aby móc wykorzystać rozległe obszary Ameryki pod uprawy, rozwinąć tam handel, wprowadzić rynki, pieniądze i rozwinąć nowoczesną gospodarkę kapitalistyczną.” Ale dla Czirokezów nie była to zmiana — była to utrata wszystkiego. Ich ziemia nie była towarem, lecz pamięcią, domem, świętością.
Czirokezi mieszkający nad rzeką Oconaluftee byli zwolnieni z deportacji dzięki wcześniejszym traktatom ze Stanami Zjednoczonymi. Dołączyli do nich Indianie, którym udało się uniknąć pojmania. W 1868 roku Karolina Północna uznała ich prawo do ziemi. Tak powstała Eastern Band of Cherokee Indians — wspólnota, która przetrwała dzięki odwadze, sprytowi i niezłomnej woli pozostania tam, gdzie bije serce ich historii.
Indianie Navajo też mieli swój smutny marsz, zajrzyjcie koniecznie do Doliny Monumentów w Arizonie.
Park Narodowy Great Smoky Mountains

Nazwa Great Smoky Mountains pochodzi od charakterystycznej mgły, która niemal codziennie unosi się nad ich grzbietami. Rdzenni Czirokezi nazywali je Shaconage, co znaczy “Miejsce Błękitnego Dymu”.
To „dym” to w rzeczywistości naturalna mgiełka, tworzona przez rośliny — kiedy miliony drzew i krzewów wydzielają lotne olejki eteryczne, te mieszają się z wilgotnym powietrzem i tworzą delikatną, niebieskawą zasłonę. Zwłaszcza o świcie i po deszczu góry wyglądają, jakby unosił się nad nimi prawdziwy dym.
Szesnaście szczytów przekracza 2 tysiące metrów, najwyższy z nich Clingmans Dome wznosi się na wysokość 2024 m n.p.m.
Patrząc z oddali na Clingmans Dome — trudno nie poczuć magii tego miejsca. Dla Czirokezów góra ta była święta. Nazywali ją Kuwohi — „Miejsce Świętej Mgły”. Wierzyli, że to właśnie tam duchy przechodzą do świata niebiańskiego przez mgłę. Kuwohi była miejscem modlitwy, spotkań i duchowych rytuałów — sercem ich ziemi. Zbocza gór porastają azalie i rododendrony. Od kwietnia do lipca zamieniają się w kwitnący, czerwono-różowy ogród.
Zachody słońca w Smoky Mountains to magia, której nie da się opisać słowami. Góry płoną złotem i fioletem, a niebo zmienia się z minuty na minutę.
Park przecina Szlak Appalachów, to najdłuższy szlak na świecie, bo ciągnie się przez 3 tysiące 473 kilometry. W 2015 nakręcono film z Robertem Redfordem pt. „Piknik z niedźwiedziami”, który opowiada o wędrówce przez Appalachy. Po więcej zapraszamy do osobnego wpisu o tych fascynujących górach.
Smoky doczekały się osobnego wpisu, po naszej drugiej wyprawie, zobaczycie też urocze miasteczko – Gatlinburg, porównywane z Zakopanem.

Miasteczko Cherokee w Karolinie Północnej



Widokówka ze ściągą. Dzięki niej można prześledzić jakie tereny zamieszkiwły różne grupy rdzennych mieszkańców dzisiejszych Stanów Zjednoczonych.

Dzisiejsi Czirokezi nie mieszkają w rezerwacie, są potomkami rdzennego górskiego ludu. Dawny świat minął bezpowrotnie, ale najważniejsze rzeczy są niezmienne: wspólnota plemienna, miłość do ziemi i szacunek do wszystkiego co żyje.
Majestatyczne połoniny, oszałamiające zapachy leśne, cudowna przyroda bardzo nas uszczęśliwiły. A tyle jeszcze jest do zobaczenia, jaskinie, wodospady, długie szlaki, kwitnące azalie.
Ta wizyta uświadomiła mi kto był prawdziwym dzikusem. Przybysze deptali prawa ludzi i przyrody. Przemocą narzucili swoje prawa i religię. Przynieśli podziały społeczne, patriarchat i zło. Ich podłość zapiera dech, krzywda wyrządzona 60 tysiącom wysiedlonych Indian, jest nie do naprawienia. Czy wiedzieliście, że zamknięcie w rezerwatach przebiegało w taki okrutny sposób?
Zapraszam do obserwowania.
12 komentarzy
Przyniesienie patriarchatu postrzegasz w kategoriach krzywdy? Niejedna feministka zgłosiłaby veto ;) Przykro się robi, kiedy lokalne zwyczaje spychane są kosztem wprowadzania zmian uważanych przez dominatorów za jedynie słuszne. Nie tylko Indianie mogli się o tym przekonać, ale akurat tematyka filmów z ich udziałem wpisała się barwnie w seriale i filmy, gdzie starcie kowbojów z Indianami stanowi tło. Co ciekawe chyba częściej Indian pokazuje się lepszym świetle jako tych uciśnionych. Piękna opowieść z urzekającą górską panoramą. Nawet Ty pojawiłaś się jednej fotce, co nieczęsto się zdarza!
Myślę, że żadna dominacja płci nie jest dobra. Warto korzystać z mądrości i doświadczenia kobiet, wiedzą o tym nawet słonie. To samo widziałam u Indian w Panamie i Kolumbii. Zadziwiające jest, że stare plemiona wyróżniały kobietę, dlatego, że dawała życie. Natura ją uprzywilejowała, a oni to szanowali. Popatrz jaki to kontrast z obrazem Indii z Twojego artykułu.
Hollywoodzki obraz plemion jest jakiś spaczony, albo infantylny, albo przedstawia ich jako dzikusów. Bardzo polubiłam „swoich”, Creek i Cherokee. Góry były zupełnie inne od wszystkich jakie widziałam, na szczęście w ciągu 4 godzin możemy się tam znalezc.
Pięknie pokazałaś co w życiu powinno być na pierwszym miejscu, ale realia rządzą się innymi prawami. Indianie czuli się integralnie związani z naturą i to dawało im szczęście. Zdjęcia doskonale korespondują z filozofią Czirokezów, nie mogłam się napatrzyć! Rezerwaty na własnej ziemi…To mówi samo za siebie.
Mario, fajnie znowu zawitać do Twojego świata. Pozdrawiam serdecznie!
A Ciebie miło zobaczyć znowu w moim świecie, witam serdecznie:) Podoba mi się świat Indian, w którym dbało się o najsłabszych, każdy był równy i miał zadania, które pozwalały mu czuć się ważnym i potrzebnym. Wielki Duch stworzył przyrodę i zwierzęta, dlatego bezmyślnie nie zabijali i nie niszczyli. Ale potem w górach znaleziono złoto i zaczęły się wysiedlenia, wycinanie lasów i „cywilizacja”. Pozdrawiam serdecznie Marto i nie mogę się doczekać kiedy przeczytam jedną z Twoich pieknych opowieści:)
Nareszcie dotarłam – wielka przyjemność do porannej kawy, choć los Indian tragiczny, Czytając myślałam o tym, co musieli czuć ludzie przywykli do wolności, do bezkresnych przestrzeni, kiedy wtłoczono ich do rezerwatów… i na chwilę przestałam się użalać nad sobą, bo pandemia, bo znowu zdalne nauczanie, bo zaraz pewnie znowu nas zamkną w domach. Fascynujące informacje – nie wiedziałam o matriarchacie u Czirokezów ani siedmiu klanach – czy znasz może jakieś dobre książki o na ten temat albo ogólniej – o indiańskim szamanizmie? Ostatnio w swoich zainteresowaniach systemami duchowymi cofam się coraz dalej i w końcu dotarłam właśnie do szamanizmu. Czytam właśnie ciekawą książkę o Ainu (Sachalin i Hokkaido głównie – byliście może? )
Przepiękne zdjęcia! Zwłaszcza te Gór Dymnych i lasów. Uczta dla znękanych miastem oczu. Pozdrawiam bardzo serdecznie i czekam na kolejne podróżnicze historie :)
Zamknięcie musi być okropne, a do tego zdalne nauczanie. Ja tego tak nie odczuwam, bo mam dużo przestrzeni wokół domu i u nas wszystko działa jak przedtem. Ale musieliśmy odłożyć kilka fajnych wyjazdów. Współczuję i trzymam kciuki, żeby świat jak odzyskał wolność najprędzej.
Matriarchat i matrylinearny system pokrewieństwa w linii żeńskiej występowało u ludów obu Ameryk. Pierwszy raz spotkałam się z tym u Indian Kuna na karaibskich wyspach San Blas. Przywędrowali z Kolumbii do Panamy.
Na północy dzisiejszej Kolumbii w kulturze Zenú szczególne miejsce zajmowały kobiety. Były one traktowane ze szczególnym szacunkiem jako uosobienia płodności i mądrości. W chwili najazdu plemionami rządziła kobieta.
W Ameryce Północnej Cherokee, Creek i tajemniczy Hopi. Na pewno było ich więcej. Trzeba podkreślić, że to był bardzo sprawiedliwy układ, w którym wszyscy byli sobie równi.
Nie wiem nic o szamanizmie, ale mam nadzieję dalej poznawać różne plemiona Indian.
Wmuzeach w Peru, Ekwadorze i Kolumbii widziałam wielkie gabloty temu poświęcone. No i zabrakło czasu w Ekwadorze na Ayahuascę. (kopiuje ze swojego wpisu)
” Nazwa Ayahuasca w tłumaczeniu z języka keczua oznacza “Winorośl duszy” . Jest to święta krzewinka używana przez tysiące lat przez rdzenne plemiona Amazonki dla dobrych energii, duchowego oczyszczenia i uzdrowienia.
Ayahuasca przygotowywana przez szamanów, jest brunatnym, gorzkawym płynem. Jej celem była komunikacja z siłami nadprzyrodzonymi i duchami.
Wywołuje efekty psychotropowe po 20 minutach. Najwcześniejsze działanie, to rozchodzące się ciepło, fizyczny relaks, spokój fizyczny. Nie traci się świadomości. Łagodne oderwanie od ciała, otoczenia, wizje podobne do snu, dźwięki, to wszystko podobno leczy depresję i przywraca stabilność.
Pozdrawiam serdecznie i życzę zdrowia i cierpliwości:)
Dziękuję za ciepłe słowa i taką obszerną odpowiedź – chciałaś spróbować ayahuaski? Ja cały czas mam to gdzieś z tyłu głowy, bo to coś naprawdę fascynującego, ludzie, którzy przeszli ten rytuał opisują niezwykłe doznanie zjednoczenia ze wszystkim. Obejrzałam na YT chyba wszystkie filmy na ten temat (no dobra, wiele, bo jest ich multum) i trochę jednak bym się bała – to chyba taki strach białego, miastowego człowieka przed utratą kontroli – jakbyśmy ją nad czymkolwiek mieli… Zaraz przeczytam cały ten wpis, bo musiał mi chyba umknąć. Od czasu pandemii mam netflixa, rzadko znajduje tam coś dla siebie, ale jakiś czas temu widziałam serial „Frontera verde”, właśnie o dżungli południowoamerykańskiej i roślinie, która ma właśnie takie właściwości. Las tropikalny pokazany w taki sposób, że po raz [pierwszy w życiu zapragnęłam go zobaczyć. Pozdrawiam, zdrowia dla Ciebie i Twoich bliskich :)
Jak też obejrzałam sporo filmów o ayahuasce i też nie lubię tracic kontroli, ale gdyby się dobrze przygotować np. przez miesiąc nie jeść mięsa, nie pić alkoholu i zażyć pod okiem kogoś doświadczonego, to chyba nie byłoby niebezpieczne. W Ekwadorze spotkaliśmy lekarza, który studiował w Polsce, od niego dowiedzieliśmy się mnóstwa ciekawych rzeczy. Ale najbardziej fascynuje mnie Kolumbia „Green Frontier” to cos dla mnie. Na Netfliksie z przyjemnością obejrzałam „Grace and Frankie”. Dziękuję za miłe życzenia :)
Super dowiedzieć się czegoś więcej. W ogóle nie miałyśmy o tym wszystkim pojecia.
Dziękuję za odwiedziny i bardzo się cieszę, że mogłam się podzielić informacjami o tym dzielnym ludzie, pozdrawiam:)
Marylko dzięki wielkie za bardzo interesujący wpis. Przyznam, że takie życie w harmonii z przyrodą i szacunek wobec każdej formy życia bardzo mi odpowiadają. Dziś przebyliśmy długą drogę do tego, o czym wiedzieli już dawno Czirokezi. Oczywiście nie wszyscy, ale przynajmniej część społeczeństwa. Dobrze, że coś z tej kultury przetrwało, a nie zawsze tak było. Góry piękne, bardzo malownicze, podobnie ich przyroda. Miasto już mniej i dziwię sie, że ludzie bez maseczek…no ale przykład idzie z góry. Na szczęście już się tam niedługo pozmienia. Pozdrawiam serdecznie
Małgosiu, wokół tego skansenu jest piękny park, dziki gąszcz z wytyczonymi ścieżkami, każdy ważny krzaczek podpisany. Bardzo bym chciała tam pojechać, kiedy góry rozkwitają azaliami. Jest bardzo pięknie, wszędzie można wjechać jak ktoś nie ma siły na wspinaczkę, a te zamglone warstwy to magia, o każdej porze dnia. Będziemy tam wracać. Bardzo szanuję kulturę Chorokee, są na tej ziemi od tysięcy lat, nikt ich nie przegonił, dlatego czuło się tę siłę. Dla mnie bezcenne przezycie, fajnie, że tez Ci się podobało. My mieszkamy w bardzo spokojnej okolicy, tak na chwile wejść w amerykańskie szaleństwo nie jest złe, a potem znowu cudowna przeprawa przez góry:)