Guanajuato jest moim ulubionym miasteczkiem z cyklu „ magiczne „. Lubię nastrojowe uliczki miasta, po których snują się otumanione duchy. W rodzinnym domu Diego Rivery poznałam jego pierwsze szkice i kobiety, które traciły dla niego rozum, i przeraziłam się na śmierć Muzeum Mumii.
Miasteczko stworzyła gorączka srebra, która mocno dotknęła rdzenną ludność. Po historii i legendach oprowadzają studenci, przebrani za średniowiecznych fircyków.
Muzyka i zabawa nie cichną do drugiej w nocy, ale za to śniadania serwuje się do wieczora. Potem można stanąć w kolejce w Alei Pocałunków, żeby zaklepać sobie miłość na 7 lat.
Kolorowe domki najlepiej jest oglądać z punktu widokowego, na który zawiezie nas kolejka zębata. Zapraszam do Guanajuato.
SPIS TREŚCI
Punk widokowy El Pipila

W 1540 roku Hiszpanie wywęszyli w tym regionie złoto, a wkrótce potem odkryli takie złoża srebra, o jakich się ich pazernym władcom nie śniło. Aż 40 % światowego wydobycia pochodziło z Guanajuato. Do pracy w kopalniach bezlitośnie wykorzystywali rdzennych mieszkańców.

Kiedy Hiszpanie doczekali się pierwszego poważnego buntu, to wystraszeni zabarykadowali się w wielkim spichlerzu. A wtedy na scenę wkroczył El Pipila. Zdeformowany od urodzenia, z prześmiewczym przezwiskiem – indyk – wyrobił sobie nadludzką krzepę w kopalni.
Przywiązał do pleców wielki płaski głaz, który go chronił przed kulami z góry i poszedł z wiadrem smoły podpalić drewniane wrota. Było to pierwsze zwycięstwo w meksykańskim ruchu niepodległościowym. Dziesięć lat później Hiszpanie zostali całkowicie wypędzeni z Meksyku.

Widok jest tak zachwycający, że mowę odejmuje. Podziwiałam zielone połoniny oświetlone słońcem i nie przestałam dopóki nie wychynął zza nich tłusty księżyc. Zapaliły się światła, a z ust wydobył się wyświechtany zwrot – magia.

Bazylika Matki Bożej Guanajuato

W samym centrum miasta stoi pomalowana na intensywną żółć – Bazylika Matki Bożej z Guanajuato. Swój początek miała w 1671 roku, ale po odzyskaniu niepodległości jakiś lokalny bogacz kazał ją przebudować na bogato.

W środku zobaczymy najstarszą amerykańską rzeźbę Matki Boskiej. Jej historia zaczęła się w 714 roku, kiedy Arabowie podbili Hiszpanię. Wysadzana klejnotami figura ukrywała się w jaskiniach przez 800 lat.
Filip II wysłał figurkę do Guanajuato w podzięce za bogactwo, które miejscowa ludność – często tracąc życie pod ziemią – wydrapała dla Hiszpanii. Ironia tego gestu jest porażająca, jednak Meksykanie są żarliwymi katolikami i pokochali swoją Nuestra Señora de Guanajuato.
Plaza de la Paz

Przechodzimy obok bazyliki i wkraczamy na Plac Pokoju ( la Paz). Europejskie kamienice wypełnione są galeriami i kawiarniami. Na drodze gwarnego tłumu staje Pancho Villa.
Pancho Villa był ważnym dowódcą podczas rewolucji meksykańskiej, a jego wyczyny były wiele razy filmowane przez Hollywood. W rolę meksykańskiego Janosika wcielił się sam Antonio Banderas.


Śliczne La Cartiny opisałam już wcześniej. La Catrina pierwszy raz pojawiła się w latach 40- tych na muralu namalowanym przez Diego Riverę. Pokazał na nim kluczowe postaci z 400- letniej historii Meksyku.


Jardin de la Union


Jardin de la Union jest najlepszym miejscem do poznania duszy miasta. Otoczony restauracjami i kawiarniami jest miejscem gdzie wszyscy się spotykają, żeby porozmawiać z przyjaciółmi i wspólnie posłuchać muzyki. Korony drzew laurowych – posadzone w 1836 roku – dają upragniony cień w ciągu dnia.

Mimo naprawdę oryginalnych przebrań i tak najbardziej wyraziści są mariachi.

Wiele grup czekało w kolejce, żeby nie zakłócać koncertu kolegów, ale wieczorem już wszyscy walczyli o publiczność i było bardzo śmiesznie. Śpiewy zlewały się komiczny jazgot.

Tak jak wszędzie w Meksyku ludzie mają taniec we krwi. Nawet krzepcy mężczyźni poruszali się w rytmie salsy jak baletnice. Ich całkowita swoboda i spontaniczność budzą moją zazdrość. Nic dziwnego, że każdego dnia w parku są tłumy.

Callejoneadas – Spacer i śpiew

Na początku lat sześćdziesiątych powstała bardzo sympatyczna tradycja – callejoneadas – nocne czyli spacery ulicami miasta. Studenci przebrani w śmieszne pantalony i żaboty prowadzą rozbawione grupy przez uliczki Guanajuato.
Codziennie słyszeliśmy z balkonu jak się gromadzą i wędrują wyposażeni w trąbki, lutnie i gitary, Zatrzymują się, żeby opowiadać historie i legendy. Jest bardzo głośno, a w ciemnościach migoczą światełka na wiankach kobiet.
Na tę okoliczność koło północy otwierał się przenośny bar przekąskowy pod naszym oknem. Kobiety smażyły mięso, którym potem faszerowały kukurydziane tortille. Dzieci bardzo głośno się bawiły i biegały po ulicy. Ale wtedy nie nazywałam ich tak słodko. Do drugiej w nocy nie było sensu iść spać.


Callejon del Beso – Aleja Pocałunków
Legenda głosi, że w tym domu mieszkała Ana, córka bogatego właściciela kopalni, która zakochała się w biednym górniku – Carlosie.
Młody człowiek wynajął pokój w sąsiednim budynku, bo balkony były położone tak blisko siebie, że mogli się całować i nadal pozostawać w swoich domach. Niestety ich historia skończyła się tragicznie.


Don Alonso – ojciec dziewczyny – dowiedział się o wszystkim i w przypływie wściekłości dźgnął ją nożem. Carlos nie mógł znieść bólu po stracie ukochanej i też się zabił.


Każdego dnia pod balkonami w Alei Pocałunków zbierają się zakochani, żeby się całować jak nieszczęśliwi kochankowie. Pocałunek na trzecim stopniu pod dwoma balkonami ma na zawsze przypieczętować miłość, albo chociaż na 7 lat.


Callejon del Beso jest wielką trakcją turystyczną w Guanajuato, dlatego znajdziemy tu sklepiki z pamiątkami i restauracje.

Plaza de Los Angeles

Plaza de los Angeles (Plac Aniołów) znajduje się w pobliżu słynnej Alei Pocałunku. Często jest pełen ludzi, ulicznych wykonawców, muzyków i mieszkańców, którzy spędzają czas na schodach i rozmawiają.
Legenda o La Llorona i tunele
Guanajuato było niegdyś miastem górniczym i dlatego pod miastem jest osiem kilometrów ulic i tajemnych przejść. To największa taka sieć na świecie.
Ludzie przysięgają, że nad ranem można spotkać dwóch średniowiecznych franciszkanów, którzy biegną do ruin swojego klasztoru. Ale największe przerażenie budzi La Lorona, postać z najgorszych koszmarów. Widmo w bieli wyje rozpaczliwie i nawołuje swoje dzieci.

Dawno temu kobieta utopiła trójkę swoich dzieci, żeby się zemścić na mężu zdrajcy. Kiedy oprzytomniała, rzuciła się w przepaść, żeby być blisko swoich dzieci. Niestety w zaświatach ich nie znalazła, dlatego krąży w okolicy zbiorników wodnych i wciąż nawołuje.

Jest groźna i zła, dlatego przypisywano jej wszystkie niewyjaśnione zaginięcia dzieci. Ludzie zbudowali dla niej kamienny krzyż, ale pewnej nocy piorun uderzył w niego tak silnie, ze fragmenty znaleziono wiele metrów dalej.
Pojawiające się widmo tak bardzo przerażało ludzi, że nad jej duszą odprawiono pierwsze egzorcyzmy w Meksyku. Europejscy egzorcyści obserwowali gdzie zatrzyma się duch, a potem postawili symboliczny grób dla La Llorony.
Santo Cafe
W małej kawiarni można wypić kawę na moście, jak się ma szczęście. Ale jak nie ma miejsca, to nic nie szkodzi, błąkanie się po uliczkach jest bardzo przyjemne. Nigdy nie wiadomo na jakie skarby się trafi.


Calle del Truco – Legenda o diable


Na ulicy Del Truco, co wieczór spotykali się zamożni mieszkańcy miasta, żeby grać w karty.
Jedna z karcianych gier nazywała się „sztuczka”, była tak popularna, że dzisiaj nazywa się tak cała ulica. Gracze zastawiali worki złota, a nawet całe farmy.
Tego feralnego dnia Don Ernesto stracił po kolei pieniądze, dom i ziemię. Był bardzo zdenerwowany, bo już nie zostało mu nic.
Przyjacielu, wciąż jeszcze posiadasz coś wartościowego – matkę – usłyszał od tajemniczego rycerza
Don Ernesto przeraził się – matkę, nie!
Zdecyduj się, musisz odzyskać całe swoje bogactwo.
Kiedy Ernesto znowu przegrał, usłyszał – masz jeszcze piękną żonę przyjacielu.
Jak łatwo się domyślić jego partnerem był sam Diabeł. Od tego czasu co noc zamaskowany cień puka do każdych drzwi na ulicy. To Don Ernesto prosi o ostatnie rozdanie, żeby mógł odzyskać żonę.


Don Kichot
Na jego cześć nazwano największy coroczny festiwal w Guanajuato – Cervantino Festival. Ma tu swoje muzeum, a jego postaci zdobią kilka skwerków.



Plazuela San Fernando
Jest tu kilka uroczych kawiarni, barów i restauracji, w których można odpocząć. Plaza San Fernando jest również doskonałym miejscem do obserwowania ludzi.

Plac San Roque
Jeden z najbardziej kolorowych i radosnych placów w mieście.

Diego Rivera z Guanajuato
Diego Rivera urodził się 8 grudnia 1886 roku w Guanajuato jako Diego Maria de la Concepción Juan Nepomuceno Estanislao de Rivera i Barrientos Acosta y Rodríguez. Jego rodzina zajmowała pierwsze i drugie piętro kamienicy, zanim przenieśli się do Mexico City.

Rivera jest jednym z największych meksykańskich muralistów, który wypracował własny styl. Jest czczony w swojej ojczyźnie za to, że malował meksykańskie społeczeństwo i trudną sytuację polityczną podczas meksykańskiej rewolucji.

W sześciu pokojach stoją oryginalne meble z czasów dzieciństwa Diego, które pokazują styl życia ludzi z klasy średniej tamtych czasów.

W sypialniach są meble i przedmioty należące do rodziny.



Na wystawie są zaprezentowane różne etapy twórcze Diega Rivery, portrety, pejzaże, akty. Próbował opanować techniki innych artystów takich jak: El Greco, Picasso, Cezanne.

W Museo Casa Diego Rivera zobaczymy mniej znane dzieła sztuki, zwłaszcza obrazy inspirowane Aztekami. Jako dziecko był silnie związany ze swoją indiańską piastunką, która wzbudziła w nim podziw dla kultury prekolumbijskiej.
Udało nam się zrobić tylko kilka zdjęć szkiców Diego, bo obsługa surowo nas za to zbeształa. Dlatego gorąco zachęcam do obejrzenia malarstwa i murali Diego Rivera online.

Diego i kobiety
„Uosabiał Meksyk w stanie bezustannej rewolucji. Był prowokatorem, niespokojnym duchem, kłamcą, postrzeleńcem, mścicielem, a przede wszystkim – mimo ogromnej swej brzydoty – bezkonkurencyjnym flirciarzem o twarzy olmeckiego wojownika i korpulencji japońskiego mistrza sumo”.
Jean-Marie Gustave Le Cléziotare
Diego miał sporo poczucie humoru, skoro sam siebie nazywał „ropuchem”. Mimo tego, że był gruby z niepokojąco odpychającą twarzą, kobiety zakochiwały się w nim na zabój. Wymagający i dominujący seksoholik, mógł pracować bez przerwy po 12 godzin. A jednak każda z jego partnerek marzyła o tym, żeby mieć z nim dzieci. Jego pierwszą żoną była Rosjanka – Angelina Beloff (Biełowa)
Angelina Biełowa


Malarkę – znaną dzisiaj jako Angelinę Beloff – Diego poznał we Francji i poślubił w 1911 roku. Angelina wspierała Diego przez 10 lat ich małżeństwa, znosiła jego wybuchy i zawsze stawiała jego talent na pierwszym miejscu.
Żyli w skrajnej biedzie i z tego powodu nie uratowali swojego kilkunastomiesięcznego synka. Diego postanowił wrócić do Meksyku, gdzie właśnie kończyła się rewolucja. Pieniędzy wystarczyło tylko na jeden bilet. Rivera w taki sposób postanowił zakończyć ich małżeństwo. Angelina słała rozpaczliwe listy, na które nigdy nie dostała odpowiedzi.
W końcu wyjechała do Meksyku i spędziła tam resztę swojego życia. Czasami spotykała Riverę, on jej nie poznawał, a ona go nie zaczepiała. Ożenił się z potem meksykańską pisarką, Guadalupe Marín, a jego trzecią żoną została Frida Kahlo.
Frida Kahlo


Frida Kahlo jest najbardziej znaną meksykańską artystką. Jej autoportrety z odważnie zarysowanymi brwiami i ozdobione kwiatami kwiatami fryzury, są rozpoznawane przez wszystkich na całym świecie. Z namalowanych przez nią 140 obrazów, często pokazujących ból i ciężkie życie kobiet, aż 55 to autoportrety. Koniecznie zobaczcie jej dzieła.
W wieku 6 lat Frida zachorowała na polio, w wyniku powikłań miała jedną nogę krótszą, co starała się zakrywać długimi sukniami. Łączyła ze sobą kolory i różne style, to jej Meksyk zawdzięcza kult barw.
Gdy miała 18 lat, tramwaj uderzył w autobus którym jechała. Miała złamany kręgosłup kilku miejscach, połamane nogi i przebitą macicę. Przeszła 32 operacje i do końca życia bardzo cierpiała. W czasie przymusowego unieruchomienia po wypadku, Frida zainteresowała się malarstwem.
Pierwszy raz zobaczyła Diego, kiedy miała 15 lat. W dniu ślubu miała 21 lat, a on 42. Rodzice Fridy powiedzieli, że to małżeństwo gołąbka ze słoniem. Oboje podzielali entuzjazm dla rewolucji, idei komunistycznych, fascynowali się mitologią Azteków, Olmeków i Tolteków.
„Diego = mój mąż / Diego = mój przyjaciel / Diego = moja matka / Diego = mój ojciec / Diego = mój syn / Diego = ja / Diego = wszechświat” – napisała w swoim pamiętniku.
Za wszelką cenę chciała urodzić dziecko, chociaż lekarze nie dawali jej szans na donoszenie ciąży. Poronienia wywołały depresję i wielkie cierpienie. Diego tolerował skoki w bok żony, jeśli wiązała się z kobietami – tylko o kochanków był zazdrosny. Sam również nie stronił od romansów.
Rozstali, gdy Frida odkryła, że mąż zdradzał ją z jej własną siostrą. „Przeżyłam dwa poważne wypadki. Jeden w autobusie, drugim był Diego. Diego był tym gorszym”.
Rozwiedli się w 1939 roku, a za rok znowu się pobrali. Malarstwo Fridy pozostawało długo w cieniu twórczości męża. Nekrologi podawały, że zmarła „malarka. Żona Diega Rivery”. Miała tylko 47 lat.
Po śmierci Fridy, Rivera poślubił swoją agentkę Emmę Hurtado.
Zapraszam na naszą relację z Casa Azul, niebieskiego domu, w którym mieszkali Frida i Diego. Wyprawa śladami murali Diego Rivery była niezapomnianym przeżyciem.
Mumie z Guanajuato

O Muzeum Mumii i moich przemyśleniach pisałam już wcześniej. Jednak kilka mrożących krew w żyłach zdjęć zostawiłam na teraz.
Szczątki pochodzą z XIX wieku i są jedną z największych atrakcji w mieście i stanie Guanajuato. Naturalne warunki panujące w tamtejszej glebie sprawiły, ze ciała dobrze się zmumifikowały.



Jeśli krewni zmarłego nie płacili podatku przez trzy kolejne lata, rząd nakazywał ekshumację ciała. W końcu zebrało się tyle zmumifikowanych zwłok, które ludzie podglądali nielegalnie, że w końcu postanowiono postanowiono stworzyć muzeum.



Historia miasta jest niezwykła, a w każdej legendzie znajdziemy ziarno prawdy. Oprócz tego, że byłam wykończona bezsennością, spędziłam tu wspaniałe chwile. Wszystko co napotkałam na swojej drodze czegoś mnie nauczyło, Diego Rivera z Fridą są bardziej bliscy, jak wiele innych postaci o których nie miałam pojęcia. Mam nadzieję, że i Wam podobały się kolorowe ulice i stadne życie, którego nie ograniczyły wynalazki współczesności. Zapraszam również do Mexico City, San Miguel i Morelii.
24 komentarze
O, cudowna niespodzianka do porannej kawki. Tak sobie myślę, jak nieprzewidywalne jest życie. Teraz pewnie dla wielu, może dla większości, Diego Rivera to malarz, mąż Fridy Cahlo. Jeśli w ogóle o nim słyszeli.
Fascynujące miejsce, historie i wpis, żeby to wszystko wchłonąć będę musiała przeczytać jeszcze raz, pozdrawiam!
Wielką przyjemność sprawiłaś mi Joanno zaliczając mój wpis do cudownych niespodzianek:) Dobrze mu tak, za to cierpienie którego nie żałował kobietom. Dzisiaj pomógłby im pierwszy z brzegu poradnik jak wyjść z chorej miłości. Swoją drogą gdyby nie cierpienie, nie byłoby Fridy jaką znamy. Podobają mi się dzieła Diego, niektóre widziałam na żywo, dla swoich jest święty. Pozdrawiam ciepło i życzę wesołych świąt:)
Bylam, widzialam, potwierdzam w 100%! rewelacyjne miejsce. magiczne. jedyne w swoim rodzaju.
Fajnie spotkać kogoś, kto się tak samo zachwycił tym miejsce:) Niestety nie da się napisać o wszystkim, ale chyba o najważniejszym wspominałam, dobrej zabawy w Tajlandii:)
Jak zabieram się za czytanie Twojego posta to wiem,że mam przed sobą kawał dobrej lektury. Tak oczywiście jest i tym razem. Niesamowite miasto i te wszystkie historie wokół. Z radością przeczytałam o Fridzie i Diego. Tak siebie nawet myślę,że dzisiaj ona nawet przyćmiła swoją sława męża. Jak życie potrafi być przewrotne. Pokazałaś mi Meksyk tak jak siebie wyobrażam,pełen barw,muzyki i tego apetytu na życie u mieszkańców,które na pewno dostrzegłaś w ich oczach.
Dzięki ❤️
Witaj Violu, kawał lektury, bo żal mi z czegokolwiek zrezygnować, aż sobie powtarzam, że mam pisać na temat, bez dygresji:) Pewnie, że przyćmiła męża, bo kogo obchodzą monumentalne murale z meksykańską historią, a Frida weszła do popkultury ze swoimi stylizacjami. Muzyki aż za dużo, ale bez konca mogę się gapić jak tańczą na ulicach, pozdramiam:)
Świetne zdjęcia i wpis. Byłam tam bardzo dawno i nie zanosi się na szybki powrót…
Cieszę się, że Ci się podobał wpis. Pozdrawiam:)
Cudowne miejsce I rzeczywiście wygląda magicznie. Zapiszę sobie na później, bo chętnie odwiedzę Guanajuato. Lubię takie klimaty I miejsca owiane tajemncą I legendami. Chętnie spakowałabym już teraz walizy I ruszyła w nieznane :-)
Na jednym miasteczku by się nie skończyło, to w okolicy jest mnóstwo takich. Język znasz, mogłabyś się świetnie zabawić:)
Witaj Mario ostatnio myslalam o Tobie, że nasze zajrzeć i zobaczyć co tam nowego wskoczo na Twoje stronę i patrz chyba ściągnęłam Cie myslami :)
Kolejna swietna lektura do kawy, ale najbardziej z tego wszystkiego to podoba mi się aleja pocałunków :) wyobraziłam siebie tam całującą mojego męża, a jego uciekającego przed tymi pocałunkami :) :)
Miło mi Aniu, że zajrzałaś. U Ciebie też cudnie. Być może Twój mąż naprawdę by chciał uciekać, bo na dole czekają następni z aparatami, mógłby się speszyć:)
Twój najnowszy post Marylko to kolejna uczta dla oczu i wyobraźni. Przepiękne kadry! Bardzo malarskie, artystyczne, pełne pasji i zauroczenia. I tyle ciekawych historii, legend, przypowieści w tle.
Zwłaszcza bliska mi jest historia Diego Rivery i Fridy Kahlo. Pamiętam świetny film o ich burzliwej miłości. Mam na pólce ksiązkę o Fridzie. Czytałam ja dawno temu, ale teraz z nabrałam ochoty by znowu do niej wrócic. Życie każdego pełne jest radosci i cierpienia. A zarówno jedno jak i drugie jakoś nas rozwija, ubogaca, i choć sie przeciw temu buntujemy – jest tak samo potrzebne. To ból duszy czy ciała przecież rodzi najpiękniejsze, niezapomniane dzieła malarskie, pisarskie, poetyckie. To on pozwala poczuc cos naprawdę mocno, a takze pozwala odczuć, co czuja inni. Chciałabym mieć w sobie tyle siły, uporu, wiary i determinacji jak Frida Kahlo. Była niesamowicie twórczą i wyrazistą, nigdy nie poddającą się osobą. A przecież jej zycie to pasmo cierpień.
Jeszcze raz brawo dla Ciebie kochana za tę wspaniałą, meksykańską opowieść.
Uściski gorące Ci zasyłam!***
Olu kochana, dla takiego wdzięcznego odbiorcy warto grzebać w tysiącach zdjęć i odszyfrowywać legendy mozolnie z hiszpańskiej broszury:) Filmu jeszcze nie widziałam o Diego i Fridzie, bo to co o nich wiedziałam, budziło we mnie bunt. Myślałam, że taką miłość, to trzeba przepracować na kilku terapiach, ale już myślę inaczej. Takie czasy dramatyczne były, taki temperament i kultura. Wielcy artyści karmią się wielkimi emocjami, bo z szarości nie stworzyliby dzieł. Ja wolałabym nie mieć aż takiego bólu duszy, żeby mi z niego perły strzelały. Wolę być odbiorcą, z dużo mniejszą intensywnością przeżywania. Inaczej ich oceniam, bo nauczyłam się nie oceniać nikogo i jakoś nie wstawiać się w ich miejsce. Determinacją czasami prowadziła Fridę na manowce, np. dążenie do urodzenia dziecka za wszelką cenę, kiedy wiadomo było, że ciążę straci. Ale za resztą oczywiście podziwiam, była bardzo wyrazista i nie bała się wygłaszać swoich poglądów, zyła jak chciała, a nie jak wypada. Dziękuję kochana za brawa, ale myślę, że brawa należą się Meksykowi. co za niezwykły kraj. Serdeczności Olu:)
Onej ależ co zazdroszczę takich wrażeń. Ale z drugiej strony jak czytam takie wpisu to robię dobie listę rzeczy fo zobaczenia. A nuż kiedyś ja spełnię.
Spełnij:) Ja też kiedyś najpierw mocno marzyłam, aż nadszedł czas. Pozdrawiam:)
Aleja pocałunków mnie urzekła matko te balkony faktycznie są tak blisko siebie że prawie się stykają Ojciec dziewczyny był stuknięty. Ale niestety takie kraje łącznie z Włochami to ludzie bardzo porywczy a szczególnie ojcowie. Zdjęcia przecudne wszystko takie barwne takie jakby to powiedzieć i nierealne patrząc na nasz kraj, Przypomina mi trochę Sycylię
Tak, są bardzo blisko siebie, a uliczka jest taka stroma z zakrętami, że wszystko naprawdę wygląda uroczo. No mają ludzie temperament, a historia przypomina włoską Julię z Romeo, więc się zgadza:)
Zawsze w Twoich wpisachMario, przeplata się wiele aspektów życia, nie wyłanczając legend i magii. Miejsce urzekające, tętniące zabawą i swobodą bycia, której faktycznie można pozazdrościc. Całujące się pary, marzące o conajmniej siedmioletniej miłości. To naprawdę realistyczne podejście, a nie, że doąkąd nas śmierć nie rozłączy… Legendy odzwierciedlają pewnie bardzo emocjonalny charakter mieszkańców, bo aż kipią od grozy, zazdrości i porywczości. Piękne, pełne kolorów zdjęcia ulic, placów, a fotografie robione nocą mnie szczególnie zachwyciły. Diego Rivera, cóż piękno tkwi też w brzydocie i często tam sie ukrywa… Nie rozumiem tylko, jak mógł nie poznawać swojej żony na ulicy!? Pozdrawiam Cię grudniowo i życzę wspaniałych podrózy w Nowym Roku!
Zacznę od końca, Rivera nie rozpoznał zony, bo minęło wiele lat, zanim dotarła do Meksyku. Wydaje mi się, że spotykali się dużo częściej, jak to bywa w artystycznym środowisku, może chodziło o to, że raczej jej unikał. Brzydki, ale pełen pasji i talentu, że kobiety tego wystającego brzucha i jego rozpustnego stylu życia po prostu nie widziały. Tacy artyści nadają się na autorytet a nie na partnerów, Picasso też niszczył każdego, kto był z nim blisko. Ciężko nie oceniać i skupiać się tylko sztuce, kiedy tworzy z człowiekiem całość.
Miłość ma kilka etapów i po 7 latach albo jest mocniejsza, albo już jej wcale nie ma. Ślubowanie, że dopóki śmierć nie rozłączy, jest bardzo nieuczciwe, bo ślubuje się to osobie którą się ma przed sobą, skąd mamy wiedzieć w co się przepotwarzy:)
Legendy są odbiciem czasów konkwisty i zabobonu, fajnie, że wciąż są żywe, kupiłam specjalną broszurę. Meksyk naprawdę jest niesamowity i wcale nie tak niebezpieczny jak się o nim mówi. Pozdrawiam Martusiu:)
Uwielbiamy punkty widokowe, a tu widzimy, że na brak równie pięknych i ciekawych atrakcji nie można narzekać. Piękne zdjęcia i wspomnienia!
Ten punkt widokowy był łatwy do zdobycia także z buta. Kolory i góry z każdej strony, było naprawdę pięknie w tym otoczeniu kaktusów:)
Marylko każdy Twój wpis jest bardzo różnorodny i ciekawy, sporo wątków. Cieszę się, że znów tu jestem. Miasteczko kolorowe i warte odwiedzenia. Bardzo lubię zaglądać do domu artystów i cieszę się, że dzięki temu wpisowi zobaczyłam dom D. Rivery. Mumie jak i w poprzednim wpisie nieco przerażają ;) Piękny spacer po mieście, ciekawe jest podglądanie życia :) Dzięki za moc wrażeń.
Dziękuję Małgosiu za miłe słowa, tyle tam było atrakcji, że nawet wszystkiego nie opisałam. O Diego Rivera będzie więcej, bo lecimy do stolicy Meksyku, zajrzę też do domu Fridy. Mumie zagrały w jakimś horrorze, miały swoją chwilę sławy:) Dziękuję za wspólne podglądanie życia:)