Dzielnica Francuska w Nowym Orleanie pachnie jazzem, przyprawami z Luizjany i historią, która wciąż tli się na każdym rogu ulicy. To miasto, którego się nie zapomina, tam nie ma zwyczajnych ulic – zobaczysz koronkowe balkony w Dzielnicy Francuskiej i oszałamiające rezydencje w Dzielnicy Ogrodów. Staroświeckie tramwaje zabierają w przeszłość ulicami wysadzanymi palmami, a po Missisipi – jak dawniej – pływają stare parowce.
W miejscu, w którym wymieszało się tyle kultur, powstała wyjątkowa architektura, kuchnia i muzyka. Czarnoskórzy niewolnicy z Afryki Zachodniej stworzyli jazz i unikalne połączenie smaków, które do dziś można poczuć w każdej restauracji i usłyszeć na każdym rogu ulicy.
Royal Street i Bourbon Street to dwie główne ulice Dzielnicy Francuskiej, które biegną równolegle do siebie. Na Royal Street można posłuchać ulicznych muzyków grających lokalne klasyki. Zapraszam na kolorową ulicę pełną muzyki, gdzie każdy krok to nowa historia.
SPIS TREŚCI
Dzielnica Francuska w Nowym Orleanie – historia i najważniejsze miejsca

Dzielnica Francuska przylega do nabrzeża rzeki Mississippi i jest najstarszą częścią Nowego Orleanu. Francuzi założyli miasto w 1718 roku, w dogodnym dla żeglugi miejscu, i nazwali je Nouvelle-Orléans.
W 1762 roku Luizjanę na 40 lat przejęli Hiszpanie. To właśnie pod ich panowaniem Nowy Orlean zaczął szybko się bogacić. Rozwijał się handel rzeczny, a po uzyskaniu przez Stany Zjednoczone niepodległości miasto stało się ważnym ośrodkiem handlowym na południu kraju.
W 1788 roku wielki pożar strawił znaczną część drewnianej zabudowy Dzielnicy Francuskiej. Hiszpanie odbudowali miasto, wprowadzając bardziej rygorystyczne zasady budowlane. Ściany zaczęto pokrywać tynkiem, a dachy wykonywano z materiałów odporniejszych na ogień. W ten sposób Dzielnica Francuska nabrała wyraźnego hiszpańskiego charakteru, choć francuskie wpływy pozostały w niej widoczne do dziś.
To właśnie połączenie obu kultur stworzyło wyjątkowy wygląd French Quarter. Kolorowe kamienice stoją blisko siebie, a za ozdobnymi bramami często kryją się niewielkie, zielone dziedzińce. Na ulicach spotykają się wpływy francuskie, hiszpańskie, karaibskie i afrykańskie – dokładnie tak samo jak w historii mieszkańców miasta.
W XVIII wieku modne stały się ręcznie kute żelazne balustrady, jednak były drogie i początkowo zdobiły przede wszystkim najbogatsze domy. Późniejsza produkcja tańszego żeliwa sprawiła, że dekoracyjne balkony mogły pojawić się na znacznie większej liczbie budynków. Z czasem misternie zdobione balustrady stały się jednym z najbardziej charakterystycznych symboli Dzielnicy Francuskiej w Nowym Orleanie.
Dziś spacer po French Quarter jest jak podróż przez kilka epok jednocześnie. W dzień można podziwiać architekturę, galerie, antykwariaty i stare hotele, a wieczorem dzielnica zmienia charakter – z barów i klubów zaczyna dobiegać muzyka, na ulicach pojawiają się uliczni artyści, a Nowy Orlean pokazuje swoją bardziej szaloną stronę.
Najlepiej zacząć spacer od Royal Street – jednej z najpiękniejszych ulic Dzielnicy Francuskiej. Jest spokojniejsza od słynnej Bourbon Street, ale właśnie tutaj można najlepiej poczuć klimat starego Nowego Orleanu.
Royal Street

Royal Street to jedna z najpiękniejszych ulic Dzielnicy Francuskiej. Jest spokojniejsza od słynnej Bourbon Street i zachowała wiele tego, co najbardziej charakterystyczne dla starego Nowego Orleanu – kolorowe kamienice, żeliwne balkony, galerie, antykwariaty i ozdobne dziedzińce. Spacerując nią, można nie tylko podziwiać architekturę, ale także natknąć się na ślady ludzi, którzy przez lata tworzyli niezwykłą historię tego miasta.
Pisarze i literatura Nowego Orleanu

Harriet Beecher Stowe, autorka „Chaty wuja Toma”, należała do znanych gości domu przy 915 Royal Street, który dziś mieści Cornstalk Hotel. Jej powieść, opublikowana w 1852 roku, stała się jednym z najsłynniejszych amerykańskich głosów przeciwko niewolnictwu. Stowe bardzo sugestywnie opisała w niej również handel niewolnikami w Nowym Orleanie.
W Nowym Orleanie mieszkało wielu znanych pisarzy: Truman Capote, Anne Rice, William Faulkner, Mark Twain i Tennessee Williams. Miasto było dla nich nie tylko miejscem życia, ale także źródłem inspiracji.
Szczególnie mocno z Nowym Orleanem związana była Anne Rice, autorka słynnych Kronik wampirów i cyklu Mayfair Witches. Urodziła się w Nowym Orleanie, a atmosfera miasta stała się tłem wielu jej powieści. Dzielnica Francuska była scenerią jej debiutanckiej powieści „Wywiad z wampirem”, wydanej w 1976 roku.
Jej najbardziej znany nowoorleański dom znajdował się już w Garden District, przy 1239 First Street. Zabytkowa rezydencja stała się również inspiracją dla domu rodziny Mayfair w powieści „The Witching Hour”.
Jeśli chcecie zobaczyć dom Anne Rice, zajrzyjcie do mojego artykułu gdzie opisałam jego historię i pokazałam go na zdjęciach.
Szczególnie mocno z Nowym Orleanem związany był Tennessee Williams. Przyjechał tutaj po raz pierwszy w 1938 roku, a później wielokrotnie wracał do Dzielnicy Francuskiej. Nowy Orlean stał się dla niego czymś więcej niż tylko miejscem akcji – był miastem, które wpłynęło na jego wyobraźnię i twórczość.
W 1947 roku na Broadwayu wystawiono jego najsłynniejszy dramat „Tramwaj zwany pożądaniem”. Akcja sztuki rozgrywa się w Nowym Orleanie, a sam tytuł nie jest literackim przypadkiem. Williams zaczerpnął go od prawdziwej linii tramwajowej Desire, która przejeżdżała przez Dzielnicę Francuską.
Williams mieszkał wtedy w różnych miejscach Dzielnicy Francuskiej. W jednym z mieszkań przy St. Peter Street mógł słyszeć charakterystyczny stukot tramwaju jadącego Royal Street. Linia Desire kursowała przez French Quarter, między innymi wzdłuż Royal Street i Bourbon Street, a jej nazwa pochodziła od Desire Street w dzielnicy Bywater. Tramwaje jeździły tędy od 1920 do 1948 roku.
To właśnie ten prawdziwy tramwaj zainspirował Williamsa do wykorzystania słowa Desire w tytule dramatu. W sztuce Blanche DuBois przyjeżdża tramwajem o tej nazwie, a potem przesiada się na linię Cemeteries. Nazwy prawdziwych nowoorleańskich linii tramwajowych stały się więc częścią historii jednej z najsłynniejszych sztuk XX wieku.
W 1962 roku Williams kupił dom przy 1014 Dumaine Street w Dzielnicy Francuskiej. Mieszkał w nim z przerwami aż do śmierci w 1983 roku. Dzisiaj budynek jest oznaczony jako ważny punkt związany z jego życiem i twórczością.
Na corocznym Festiwalu Literackim Tennessee Williamsa – mężczyźni ubrani w podkoszulki w stylu Stanleya Kowalskiego – biorą udział w konkursie krzyków. Wołają jak najgłośniej Stella, a kobiety wrzeszczą – Stanley
Hotel Andrew Jackson

Przemierzając Royal Street, warto zatrzymać się na chwilę przy numerze 919. Hotel Andrew Jackson to dziś urokliwy hotel butikowy, ale ziemia, na której stoi, kryje niezwykle burzliwą historię. W XVIII wieku działała tu szkoła dla chłopców, która spłonęła w wielkim pożarze miasta w 1788 roku.
Później wzniesiono tu sąd federalny, w którym sam generał Andrew Jackson został skazany za obrazę sądu po słynnej bitwie pod Nowym Orleanem.
Dziś obiekt regularnie trafia na listy najbardziej nawiedzonych hoteli w Ameryce – legendy głoszą, że na malowniczym dziedzińcu wciąż można usłyszeć śmiech dawnych wychowanków bursy, a po korytarzach przechadza się duch samego generała.

Chociaż Hiszpanie nie odtworzyli oryginalnej architektury, to i tak Nowy Orlean bardzo przypomina europejskie miasta.
Nowe budynki zaprojektowali zgodnie z panującymi aktualnie trendami. Można zobaczyć ocalałe z pożaru oryginalne kamienice w stylu francuskim i hiszpańskim z początku XIX wieku. Kolorowe koraliki mają chronić przed urokami, wiszą wszędzie, na gałęziach drzew i ogrodzeniach.
Nawiedzony The LaBranche House

To prawdopodobnie najczęściej fotografowany budynek w całej Dzielnicy Francuskiej, wybudowany w latach 30. XIX wieku dla plantatora Jean-Baptiste’a LaBranche’a. Słynie przede wszystkim ze wspaniałych, trójpoziomowych balkonów zdobionych misternym żeliwnym wzorem liści dębu i żołędzi.

Według znawców zjawisk nadprzyrodzonych ten historyczny budynek nawiedzają duchy aż dwóch kobiet. Bogaty plantator trzciny cukrowej – pan LaBranche – miał kochankę, Melissę. Jego zona dowiedziała się o niej już po śmierci plantatora. Zwabiła Melissę, odurzyła wzmocnioną herbatką, a następnie przykuła łańcuchami na strychu.
Mściwa wdowa mieszkała z zasuszonymi zwłokami nad głową jeszcze 15 lat. Duchy obu kobiet nadal tu się kręcą, wdowa w niebieskiej sukni na piętrze, a wyżej niespokojny duch Melissy.
Historycy podkreślają, że ta legenda dotyczy zupełnie innego domu w Dzielnicy Francuskiej, ale historia tak mocno przykleiła się do tego miejsca, że wielu odwiedzających wciąż wypatruje cieni w oknach wyższych pięter.

Mérieult House

Po lewej stronie, przy 533 Royal Street, stoi niepozorny na pierwszy rzut oka Mérieult House. Ma szarą elewację, odsłoniętą cegłę i otwartą przestrzeń na parterze. Dzisiaj jest częścią The Historic New Orleans Collection, ale jego historia sięga końca XVIII wieku.
Dom powstał w 1792 roku i miał szczęście przetrwać wielki pożar Nowego Orleanu w 1794 roku, który strawił ogromną część Dzielnicy Francuskiej. Należał wtedy do bogatego kupca Jean-François Mérieulta.
Z tym właśnie pożarem wiąże się jedna z mroczniejszych legend tego miejsca. Podobno jego żona, Catherine, uciekła przed płomieniami na dach. Miała bardzo długie włosy, które podczas pożaru zajęły się od unoszących się iskier. Kobieta zginęła w płomieniach.
I tutaj zaczyna się nowoorleańska część tej historii. Podobno po dziś dzień w domu można czasem zobaczyć kobietę w stroju z epoki, a niektórzy twierdzą, że wyczuwali zapach dymu albo nagły powiew zimnego powietrza.
Czy Catherine naprawdę wraca do swojego dawnego domu? Tego oczywiście nie wiem. Ale w Nowym Orleanie nawet zwykły spacer po ulicy potrafi zamienić się w opowieść o duchach.

Wzdłuż Royal Street znajdują się jedne z najpiękniejszych hoteli butikowych, galerie sztuki, sklepy z antykami i stare wyrafinowanie Dzielnicy Francuskiej.Stare budynki z arkadami i balkonami z kutego żelaza, dachami pokrytymi czerwonymi dachówkami i malowniczymi dziedzińcami mogą mieć nawet 300 lat. W wielu z nich mieszczą się hotele, restauracje i sklepy z pamiątkami.
Skrzyżowanie z Ursulines Avenue

Dochodząc do końca Royal Street, na skrzyżowaniu z Ursulines Avenue trafiamy w jedno z najbardziej owianych tajemnicą miejsc w mieście. Tuż obok stoi zabytkowy Klasztor Urszulanek (Old Ursuline Convent) – najstarszy budynek w całej Dolinie Missisipi. To właśnie z nim wiąże się jedna z najsłynniejszych i najbardziej mrocznych legend Nowego Orleanu: opowieść o tak zwanych Casket Girls (Dziewczętach ze Skrzyniami).
Według miejskich podań w XVIII wieku z Francji sprowadzono młode kobiety mające zostać żonami kolonistów. Podróżowały z niewielkimi skrzyniami, które przypominały trumny, a ich upiornie blada cera i tajemnicze zniknięcia w mieście sprawiły, że zakonnice posądziły je o wampiryzm. Legenda głosi, że okiennice na trzecim piętrze klasztoru zabito na zawsze przy użyciu poświęconych, srebrnych gwoździ, by nie wpuścić wampirzyc do środka.
Pełną historię Casket Girls, ich wampirzej legendy oraz tego, dlaczego Jan Paweł II odnawiał błogosławieństwo klasztoru, opisuję w moim artykule o Garden District i początkach Nowego Orleanu.
Ze względu na bliską odległość klasztoru i stojącej obok rezydencji LaLaurie, cały ten narożnik Royal St. i Ursulines Ave. jest stałym punktem wycieczek typu Ghost Tour. Przewodnicy i turyści zgodnie twierdzą, że po zmroku po tym kwartale krążą niepokojące odgłosy i nagłe, chłodne powiewy powietrza.
LaLaurie House – najbardziej nawiedzony dom w Ameryce

LaLaurie House należał do Madame Delphine LaLaurie i jej męża Louisa. Madame była ścigana za potworne okrucieństwo. Torturowanie i mordowała niewolników traktowała jak najlepszą rozrywkę. Pewnego razu goniła z batem w dłoni 12-letnią niewolnicę, która ją czesała. Przerażona dziewczyna wolała skoczyć z dachu, niż dać się złapać.
Delphine należała do kreolskiej elity, jej wspaniała rezydencja – wyposażona w europejskie meble i dekoracje – była przedmiotem zachwytów. Tak było do czasu, aż ludzie zauważyli, że niewolnicy z jej domu znikają w tajemniczy sposób, a z poddasza dobiegały mrożące krew w żyłach zawodzenia.
Kiedy wieści o potwornym traktowaniu niewolników rozniosły się po mieście, śmietanka towarzyska zaczęła unikać Madame LaLaurie, ponieważ tortury były nielegalne.Mroczne tajemnice wyszły na jaw dopiero wtedy, gdy wybuchł pożar w rezydencji. Wznieciła go niewolnica, która chciała popełnić samobójstwo, bo już nie mogła znieść tortur.
Na strychu znaleziono kilkunastu niewolników, niektórzy byli zamknięci w klatkach, niektórzy byli przymocowani do prowizorycznego stołu operacyjnego, a dookoła były porozrzucane rozkawałkowane ciała. Obok biczów w wiadrach leżały ludzkie głowy. Wściekły tłum wdarł się do domu, posiadłość została splądrowana ale właścicielom udało się zbiec.
Delphine LaLaurie stała się bohaterką jednego z odcinków „ American Horror Story ”. Serial kręcono na ulicach Nowego Orleanu.Dom na krótko kupił Nicolas Cage, zachwycony jego upiorną przeszłością. Dom był wystawiony na sprzedaż za 3.5 miliona dolarów, a teraz jest w posiadaniu kogoś z branży filmowej.

Muzyka na ulicach Nowego Orleanu rozbrzmiewa od rana do wieczora. To jest naprawdę niezwykłe. W amerykańskich miasteczkach zwykle jest pusto, można zobaczyć wyłącznie samochody, ludzie spacerują w parkach a nie po ulicach swoich miast. Tu jest inaczej, prawie jak w Europie, to największy komplement jaki mogą ode mnie usłyszeć.


Mardi Gras w Nowym Orleanie

Nowy Orlean jest nazywany „Big Easy” (Wielką Łatwą), tam zawsze się coś dzieje, ale najsłynniejsze są dwa wydarzenia: Mardi Gras w lutym i New Orleans Jazz Festival w kwietniu.
Mardi Gras, to inaczej tłusty wtorek, który wypada ostatniego dnia karnawału, dzień przed Środą Popielcową. Świętowanie zaczyna się już 6 stycznia, piecze się wtedy królewskie ciasto, rzuca plastikowymi koralikami, a kończy wielkimi paradami dwa tygodnie przed Mardi Gras.
Charakterystyczne koraliki rzucane podczas parad Mardi Gras nie są przypadkowe – ich trzy kolory mają swoje symboliczne znaczenie. Tradycję tę zapoczątkował w 1872 roku Rex, czyli obierany co roku „król karnawału”, nadając barwom następujące znaczenia: fiolet oznacza sprawiedliwość, zieleń – wiarę, a złoto – władzę.
Im więcej koralików uda się złapać podczas parady, tym lepiej – w Nowym Orleanie to prawdziwy sport narodowy. Rzucane są nie tylko z platform paradnych, ale też z balkonów przy Bourbon Street, gdzie turyści i mieszkańcy chętnie obdarowują nimi przechodniów na ulicy poniżej.
Najbardziej krzykliwe parady można zobaczyć pięć dni przed Środą Popielcową. Co ciekawe pierwsza taka parada odbyła się 2 marca 1699 roku.
Mężczyźni i chłopcy, kobiety i dziewczęta, związani i wolni, biali i czarni, żółci i brązowi, starają się wymyślać i pojawiać się w groteskowych, zagadkowych, diabolicznych, strasznych, dziwnych maskach i przebraniach.
Widziane są ludzkie ciała z głowami zwierząt i ptaków, zwierząt i ptaków z ludzkimi głowami; pół-bestie, pół-ryby, głowy i ciała węży z ramionami małp; nietoperze z księżyca; syreny; satyrowie, żebracy, mnisi i rabusie paradują i maszerują pieszo, konno, w wozach, wozach, powozach, samochodach
opis Mardi Gras z XIX wieku.
Nowy Orlean – Bourbon Street (French Quarter)

Jeśli Royal Street jest elegancką duszą Dzielnicy Francuskiej, to Bourbon Street jest jej najbardziej krzykliwym i imprezowym sercem. Idealnym miejscem, by rozpocząć spacer tą ulicą, jest kultowy Hotel Royal Sonesta (300 Bourbon Street).
Ten luksusowy obiekt słynie z przepięknych, żeliwnych balkonów zawieszonych bezpośrednio nad tętniącym życiem deptakiem, z których turyści chętnie obserwują tłum i rzucają koraliki. W jego wnętrzach mieści się także kultowy klub jazzowy The Jazz Playhouse oraz restauracja serwująca tradycyjne nowoorleańskie owoce morza.
Royal Sonesta

Na dole znajduje się Desire Oyster Bar, a przed nim świeci charakterystyczny napis „Desire”. I tu znowu wracamy do historii Tennessee Williamsa i jego „Tramwaju zwanego pożądaniem”.

Choć Royal Sonesta wygląda jak elegancka, stuletnia część Dzielnicy Francuskiej, sam obiekt otworzył swoje drzwi w 1969 roku. Historia tego miejsca jest jednak znacznie starsza – przez dekady stały tu prywatne domy, dziedzińce, stajnie, a w pewnym momencie działał nawet lokalny browar. Architekci zrobili wszystko, by nowy, duży hotel nie zniszczył charakteru okolicy, i zaprojektowali fasadę przypominającą rząd dawnych nowoorleańskich kamienic.

Wystarczyło jednak zrobić kilka kroków za próg eleganckiej Sonesty, by trafić w zupełnie inny wymiar. Nagle Burbon Street zaatakowała. Właśnie tak to poczułam. Dekoracje na Halloween, tłumy ludzi, głośna muzyka i mnóstwo neonów. Taki wielobarwny, zmasowany kicz. Coś nieprawdopodobnego, głowa latała mi dookoła, żeby zdążyć zarejestrować całe to przeładowanie dekoracjami.
Masa klubów z muzyka na żywo, z propozycjami dla każdej orientacji i konfiguracji. Kiczowate koraliki rozdawane na szczęście i odczynianie uroków. Sprzedają je na ulicy, ktoś mi rzucił z balkonu dwa sznury.
Pani z odkrytymi piersiami, z którą można zrobić zdjęcie i Michael Jackson. Następnego dnia widziałam tylko rozrywkę dla mało wybrednych, ale te pierwsze wrażenia bardzo mnie rozbawiły. Nowy Orlean szykował się na Halloween.






Wykonane z brązu, naturalnej wielkości figury przedstawiają muzyków grających na instrumentach i znajdują się w popularnym pasażu muzycznym / dziedzińcu przy Bourbon Street w Dzielnicy Francuskiej. To jedno z ulubionych miejsc turystów na pamiątkowe zdjęcia z ikonicznymi postaciami muzyki z Nowego Orleanu. Po lewej: Pianista i piosenkarz Antoine „Fats” Domino Jr. Po prawej: Trębacz i wokalista Louis Armstrong.
Marie Laveau, królowa voodoo

Stoję dokładnie w miejscu, gdzie mieszkała Marie Laveau – jedna z najbardziej tajemniczych kobiet XIX‑wiecznego Nowego Orleanu. Jej domu już nie ma. Został po nim tylko adres, historia i legenda, która do dziś przyciąga tutaj ciekawskich.
Dziś działa tu sklep z pamiątkami związanymi z voodoo. Na zapleczu można spotkać doradcę duchowego, który powróży z kart tarota. Niestety nie można było robić zdjęć.
Marie Laveau urodziła się w Nowym Orleanie prawdopodobnie w 1801 roku. Była wolną kobietą o mieszanym pochodzeniu – jej rodzina miała korzenie europejskie i afrykańskie. Wysoka, z długimi czarnymi włosami i jasną cerą Marie była prawdziwą pięknością. Poślubiła Jacquesa Parisa, który przybył do Nowego Orleanu z Haiti po rewolucji haitańskiej.
I właśnie tutaj zaczyna się ważna część historii voodoo w Nowym Orleanie.

Rewolucja haitańska
W 1791 roku na Haiti wybuchło powstanie niewolników przeciwko Francuzom. Walka trwała ponad dziesięć lat i zakończyła się zwycięstwem. W 1804 roku Haiti ogłosiło niepodległość, a niewolnictwo zostało tam zniesione.
Dla białych właścicieli plantacji był to koniec ich świata. Wielu z nich uciekło z wyspy. Część trafiła do Nowego Orleanu.
Nie przyjechali jednak sami. Wśród uchodźców byli biali, wolni ludzie pochodzenia afrykańskiego oraz osoby nadal zniewolone. W latach 1809–1810 do Nowego Orleanu przybyło ponad 10 tysięcy osób z Saint‑Domingue.
Haitańczycy pochodzenia afrykańskiego przywieźli ze sobą tradycje, muzykę i wierzenia wywodzące się z Afryki, które zachowały się na Haiti. Miały one duży wpływ na kulturę Nowego Orleanu, w tym na rozwój voodoo.
Voodoo
Wszystko, co dotyczy Marie, pochodzi z ustnych przekazów, które przez lata były wzbogacane o nowe szczegóły. Przyjmowała do domu chorych, opiekowała się skazanymi na śmierć, a nawet wykonywała drobne operacje. Najpierw zniknął jej mąż, a ona zaczęła podawać się za wdowę.
Jej niezwykłe „jasnowidzenie” wynikało prawdopodobnie ze sprytu – pracowała jako fryzjerka zamożnych kobiet z białych sfer. Zaufane służące i fryzjerki zbierały dla niej informacje o zdradach, finansach i sekretach elit. Dzięki temu wiedziała o swoich klientach rzeczy, o których inni nie mieli pojęcia.
Moc Marie opierała się na siatce informatorów, a jej dar jasnowidzenia był inteligentnym wykorzystaniem ludzkich słabości. Nie ma co się temu dziwić, skoro nawet w obecnych czasach wróżki mają się całkiem dobrze.
Sędziowie, politycy i bogaci kupcy po cichu przychodzili do niej po amulety gris‑gris, aby wygrywać procesy sądowe, niszczyć rywali biznesowych lub zjednać sobie miłość.
Około 1826 roku związała się z Louisem Christophe’em Glapionem i mieszkała z nim aż do jego śmierci. Wspólnie wychowywali dzieci, dlatego zrezygnowała z innych zajęć i została jedną z królowych voodoo.
Połączyła tradycje katolickie z wierzeniami afrykańskimi, włączyła do obrzędów wodę święconą, kadzidło, świętych i modlitwy. Nie oznaczało to jednak, że porzuciła katolicyzm. Marie przez całe życie była katoliczką.
Rozpoznawała życzliwe duchy i wstawiała się do nich w ważnych sprawach swoich klientów za pomocą tańca, śpiewu i ofiar ze zwierząt. Dla każdego, kto potrzebował uroku, przygotowywała amulety gris‑gris (dziś bez problemu kupisz je w nowoorleańskich sklepach z pamiątkami, a nawet zamówisz online).
Congo Square
Niedaleko miejsca, w którym mieszkała Marie, znajdowało się Congo Square. W niedziele spotykali się tam ludzie pochodzenia afrykańskiego. Grali na bębnach, śpiewali i tańczyli. Wyobrażam sobie ten niedzielny gwar, bębny, śpiew, taniec, energię, która musiała unosić się nad placem jak gorące powietrze znad bagien. To było ważne miejsce dla voodoo w Nowym Orleanie. Marie pojawiała się tam często — prowadziła obrzędy i była widoczna.
Dziś mówi się, że Congo Square miało gigantyczny wpływ na rozwój jazzu. To właśnie z tych afrykańskich rytmów i niedzielnych spotkań wyrosła nowa muzyka, a dekady później to na ulicach Nowego Orleanu Louis Armstrong rozpoczął swoją muzyczną drogę i stał się jednym z największych muzyków w historii.
Kiedy Marie zaczęła się starzeć, jej córka Marie Laveau II, łudząco do niej podobna, przejęła rolę matki. Dla mieszkańców miasta wyglądało to tak, jakby królowa voodoo wcale się nie starzała i była nieśmirteina.
Dziś historycy nie są jednak pewni, ile prawdy kryje się w tej historii. Tak jak w przypadku wielu opowieści o Marie, z czasem granica między faktami a legendą coraz bardziej się zacierała.
Marie Laveau zmarła 15 czerwca 1881 roku, niedługo przed swoimi 80. urodzinami. Została pochowana w grobowcu Widow Paris na St. Louis Cemetery No. 1.
Grób królowej voodoo
I właśnie tutaj jej legenda żyje do dziś. St. Louis Cemetery No. 1 to jeden z najbardziej niezwykłych cmentarzy Nowego Orleanu. Zamiast zwykłych nagrobków stoją tu całe grobowce, przypominające małe domy. To dlatego cmentarze Nowego Orleanu nazywane są czasem „miastami umarłych”.
Grób Marie Laveau przyciąga tysiące odwiedzających. Ludzie zostawiają kwiaty, świece i drobne przedmioty. Rysują na grobowcu serduszka, pentagramy oraz trzy iksy, wierząc, że jeśli zaznaczą trzy X i pomyślą życzenie, duch Marie Laveau je spełni.
Czy Marie rzeczywiście pomaga? Tego oczywiście nikt nie wie, ale legenda przetrwała. Po prawie 150 latach od jej śmierci trudno już oddzielić prawdziwą Marie Laveau od kobiety stworzonej przez legendę. Jedno jest pewne – Marie Laveau na dobre zapisała się w historii Nowego Orleanu.
Wiele domów jest „nawiedzonych”. O zmierzchu organizowane są wycieczki na historyczne cmentarze albo szlakiem wampirów.
Muzyczna historia restauracji Cornet

Stojąc na skrzyżowaniu Royal Street i St. Peter Street, warto zwrócić uwagę na kamienicę pod numerem 700, gdzie mieści się restauracja Cornet. Miejsce należy do rodziny Nuccio, której przodkowie grali w orkiestrze z samym Louisem Armstrongiem. Nazwa lokalu nawiązuje do kornetu — instrumentu dętego, na którym mały Armstrong uczył się grać. Dzisiaj to jeden z najbardziej rozpoznawalnych punktów na trasie: słynie z tętniącego kwiatami balkonu z widokiem na urokliwy The LaBranche House oraz z tradycyjnych dań kuchni kreolskiej, przyciągających wielbicieli jazzu z całego świata.
Nowy Orlean – Kuchnia kreolska



Amerykańskie restauracje są obskurne, nikt tu nie dba o estetyczny wygląd lokalu. Do picia można dostać słodzone napoje gazowane, kranówę z lodem, albo lurę zwaną kawą. O jakiejkolwiek herbacie można tylko pomarzyć, a mrożona z wielką ilością cukru nie nadaje się do picia. Bardzo lubię podróże po USA, ale wiążą się one z walką o zdobycie czegoś do jedzenia, co nas nie zabije. Kuchnia Nowego Orleanu jest wyjątkowa i smaczna. Jednak od słynnych paczków posypanych kilogramem cukry pudru trzymaliśmy się z daleka. Chętnie używamy luizjańskich przypraw do naszych dań, a oryginalne prezentowały się tak.
- Po-boy, to kanapka na francuskim pieczywie, z owocami morza lub mięsem, która jest serwowana wszędzie. Jej powstanie ma związek ze strajkiem tramwajarzy. Byłam zrozpaczona, wszystkie bary oferowały tylko to i było zagrożenie, że będziemy musieli to jeść jak wszyscy. Na szczęście kuchnia w Nowym Orleanie jest bogata.
- Blackened fish to ryba zanurzona w roztopionym maśle, potem w przyprawach cajun. Cajun- to kuchnia prosta, chłopska, przeważnie jednogarnkowa. Bardzo lubię tą mieszankę i od tej pory używam w swojej kuchni.

Żeberka BBQ wszędzie smakują cudownie.
Gumbo, nie wygląda za dobrze. To zupa z owocami morza, zagęszczona okrą i ryżem. Okra jest bardzo smaczna, mam ją w ogrodzie. Owocuje do pierwszych przymrozków.

Jambalaja, danie Luizjany. To kuchnia kreolska, czyli kuchnia potomków białych kolonizatorów. Do ryżu dodaje się owoce morza lub mięso.
Rzeka Missisipi i niewolnicy w Nowym Orleanie

W tym miejscu potężna rzeka kończy swoją 3766 kilometrową podróż z Minnesoty, podczas której przepłynęła przez 9 stanów. Wraz z dopływami jest czwartą najdłuższą rzeką na świecie.
Parowiec „Creole Quinn”, to jeden z historycznych parowców kursujących po rzece Missisipi. Rejs obejmuje kolację w formie bufetu i występ zespołu jazzowego na żywo.
To piękne miasto oraz okoliczne dwory na rozległych plantacjach rozwijały się dzięki niewolnictwu.
W czasie, kiedy transatlantycki i międzynarodowy handel niewolnikami został zabroniony i do Nowego Orleanu przestały docierać statki z Karaibów i Afryki, zaczął się ogromny popyt na darmową siłę roboczą.
W Luizjanie rozkwitały plantacje bawełny i trzciny cukrowej, dlatego siłą sprowadzano niewolników z innych stanów rzeką Missisipi. Kiedyś w Nowym Orleanie były 52 targi niewolników.
Zajrzyjcie na plantacje w Luizjanie, żeby zobaczyć jak wygodnie żyli biali bogacze i jak ciężko pracowali niewolnicy. Piękne plantacje w Karolinie Południowej były równie okazałe.
.Dzisiaj widzimy domy zbudowane przez niewolników, zachwycamy się kuchnią Afryki Zachodniej i muzyką wywodzącą się od niewolników, a dopiero od niedawna pojawiają się znaczniki upamiętniające ich dramat. Warto odwiedzić Whitney Plantation – jedyną plantację w Luizjanie, która w całości poświęcona jest historii niewolnictwa i pokazuje je z perspektywy tych, którzy najbardziej ucierpieli.

Nowy Orlean – Katedra St. Louis

Katedra św. Ludwika jest najstarszą nieprzerwanie czynną katedrą w Stanach Zjednoczonych. Oryginalny budynek spłonął podczas wielkiego pożaru w 1794 roku, który zniszczył 80 procent zabudowań. Obecna konstrukcja pochodzi z lat pięćdziesiątych XIX wieku.
W tle katedra St. Louis i posąg Andrew Jacksona na koniu. To ten prezydent, który wyrzucił Indian Creek z ich ziemi.
Andrew Jackson był siódmym prezydentem Stanów Zjednoczonych. Wygrał z Brytyjczykami bitwę o Nowy Orlean w 1815 roku. Dzięki temu zwycięstwu został prezydentem USA w 1829 roku. Posąg jest dziełem rzeźbiarza Clarka Millsa.

Nowy Orlean – Jackson Square

W XVIII i na początku XIX wieku Place d’Armes – jak nazywali go Hiszpanie- było miejscem publicznych egzekucji, wieszano tam zbiegłych niewolników. Placem zarządzali Hiszpanie na zmianę z Francuzami do 1803 roku, kiedy to Luizjanę kupiły Stany Zjednoczone.
Jackson Square jest najbardziej rozpoznawalną ikoną Nowego Orleanu. W 1718 roku francuski architekt wzorując się na paryskim placu, zaprojektował miejsce przeznaczone na wojskowe defilady i miejskie targi. Plac łączył katedrę, pałac gubernatora i rzekę Missisipi.
W pierwszej połowie XIX wieku nazwę Place d’Armes zmieniono na Jackson Square na cześć generała Andrew Jacksona.

Ten budynek z 1791 roku jest uznawany za jeden z najlepszych przykładów kolonialnej architektury hiszpańskiej w Stanach Zjednoczonych. Jest siedzibą części Muzeum Stanowego Luizjany. Można w nim zobaczyć wystawę na temat huraganu Katrina i Muzeum Mardi Gras.
Wieczorem do pracy przychodzą wróżki. Również tu zaczynają się o zmroku wycieczki do nawiedzonych miejsc.
Każdego wieczora koncerty na żywo, fantastyczna muzyka, zabawne przebrania. Nowy Orlean rozrusza każdego. Rankiem, kiedy nie jest tak kolorowo i barwny tłum nie przemieszcza się ulicami, czar trochę pryska, wieczorem zabawa zaczyna się na nowo.
Dzielnica Francuska ma w sobie niesamowity magnetyzm – potrafi zachwycić elegancją kowalskich balkonów, przerazić mroczną historią, oszołomić neonami na Bourbon Street i wzruszyć dźwiękiem trąbki dobiegającym z ciemnego zaułka.
To żywy, wielokulturowy kocioł, w którym przeszłość nieustannie miesza się z teraźniejszością. I niezależnie od tego, czy przyjedziecie tu szukać śladów dawnych pisarzy, legend o wampirach, czy po prostu dobrego jazzu – jedno jest pewne: French Quarter zostanie w Waszej pamięci na zawsze.
Następny przystanek- Plantacje w Luizjanie. Z zaraz potem pojechaliśmy na Florydę. Koniecznie zobaczcie najbardziej olśniewającą dzielnicę Nowego Orleanu – Garden District.
Zapraszam do obserwowania.

24 komentarze
Zdjęcia na prawdę urocze, a samo miejsce jeszcze bardziej…
Wędrówki po kuchni
Co za niesamowity klimat miasta! Mam wrażenie, że miasto naprawdę żyje! Pięknie <3 bardzo lubię takie fotorelacje :)
Piękne klimaty:) I to żarcie amerykańskie.
zdjęcia super, można poczuć jak się jakby się tam naprawdę było :)
świetne, zdjęcia, uwielbiam czytać takie relacje! mam nadzieję, że uda mi się kiedyś odwiedzieć Nowy Orlean :3
…jedyne, co mnie trochę drażni w poście to data i godzina na niektórych zdjęciach :>
Ależ tam barwnie. Wampirzątka to zdecydowanie nie mój klimat ;) Ale za to muzyka i żeberka- to jest to ;) Pozdrawiam
Ja też jestem zła, że miałam ustawioną datę. Będę musiała usunąć i wstawić od nowa.
To dlatego, że byłam w okolicach Halloween. Muzyka rzeczywiście cudna, a żeberka rozpływają się w ustach.
Dziękuję, próbowałam taki efekt uzyskać, dlatego wstawiłam filmiki.
Żarcie kreolskie nie jest złe:) Ale te kanapki sa bardzo popularne i przeważnie w barach ludzie właśnie to jedzą.
Dziękuję pięknie. Tak, wieczorem wszyscy wychodza na ulicę i jest niesamowicie, jeden grajek obok drugiego.
Gosia od rogalików:) Nowy Orlean jest super, dziękuję za odwiedziny.
Świetnie pokazałaś Nowy Orlean.Jego mieszkańców i klimat miasta.
Chętnie weszłabym w ten tłum i delektowała się atmosferą.
Jedzonko kapitalne.
Super relacja-)
Warto kliknąć w filmiki, to naprawdę dobrzy artyści. Atmosfera niepowtarzalna, chociaz to straszny kicz:)
Niesamowite miejsce, które miałam okazję zwiedzić dwa tygodnie temu i jestem oczarowana Halloween w Nola nigdy się nie kończy. Miasto inne, niż wszystkie połączenie Paryża i Karaibów. Do tego ta nieziemska kuchnia. W końcu zjadłam coś normalnego, co miało smak i aromatyczne przyprawy. Następnym razem jak będziesz w Luizjanie polecam Lafayette i okolice. Zakochałam się w cajun, tym pysznym lokalnym jedzeniu i ludziach- francuskie USA.
Lafayette tylko przez zamkniętą bramę widziałam, czasu nie starczyło, ale widziałam takie cmentarze na Martynice. Ja też lubię tamtejszą kuchnię, mam przyprawę cajun- jest świetna do ryby. Poza dobrym jedzeniem, co jest ewenementem w USA, inne jest także to, że tam ludzie normalnie chodzą po mieście jak wszędzie na świecie. No i ta muzyka, są świetni, mam nadzieję, że kiedyś wrócę. Jak dacie radę, to polecam plantacje nad Mississippi. Śledzę Waszą trasę i kibicuję, pozdrawiam:)
Ale świetnie! Bardzo bym chciała tam pojechać i spróbować tej nowo orleańskiej kuchni :)
Natalia, rowerem z Europy byłby problem, bo tu na Południu nie ma tras rowerowych. Ale życzę, żebyś pojadła z kuchni cajun:)
No powiem szczerze, że się i zaskoczyłam i zaciekawiłam takim obliczem Nowego Orleanu. Co za misz-masz! Voo-doo, jazz, mydło i powidło! :D
Bardzo podoba sie mi kolejna Twoja relacja. Dzięki Tobie trafiam do miejsc, do których zdecydowanie mi za daleko. Poza tym ja też uwielbiam Scarlett a Tomka Sawyera czytałam namiętnie jako dzieciak! Byłam wtedy też wielką fanką całego Dzikiego Zachodu he he… ;)
Takie statki wycieczkowe to wielka atrakcja, te czerwone koła młócące wodę chyba też w „Chacie wuja Toma” wystepowały. Fajnie tak skonfrontować swoje wyobrażenia po latach. Tak, korzystam z tego co los podsuwa, ale Wasze podróże są naprawdę piękne i ciekawe, bo mieszkacie na najlepszym kontynencie:) W Nowym Orleanie jest bar przy barze z żywą muzyka a jeszcze na ulicy co krok, to robi wrażenie.
Cieszę się , że mieszkam w Europie. Jestem dumna ze słowiańskiego pochodzenia i niesamowicie dobrze czuję się na Bałkanach ? nikt Ci tego Mario otwarcie nie powie, ale Europa ma dwie prędkości. Nie chodzi o rozwój, czy bogactwo materialne (choć to istotne). Chodzi o podział na Wschód i Zachód. Poprawność polityczna w Europie Zachodniej nieudolnie maskuje hipokryzję i uprzedzenie do przedstawicieli z Europy Wschodniej. Szkoda. Ci ludzie nawet nie starają się nas poznać, na wakacje wybierają głównie hiszpańskie kurorty (UK). Europa Wschodnia jest dla nich synonimem wszystkiego, co najgorsze. Postanowiłam napisać tak szczerze, bo doświadczam tego na własnej skórze. Po ostatnim wypadzie na Bałkany obywatelka Szkocji zapytała mnie jak mogłam pojechać do Albanii i wydawać pieniądze w tak mafijnym kraju! Że tam mieszkają sami przestępcy. Niestety, stereotypy podsycane przez wstrętne brukowce nasilają się w obliczu Brexitu. A wystarczy śledzić np. Edinburgh News na fb i praktycznie co drugi dzień: morderstwa, przemoc, kradzieże i handel twardymi narkotykami na ogromną skalę. A to wszystko w mieście wielkości Szczecina… Tak Mario! Jestem szczęśliwa, że żyje w Europie, ale czuję że najwyższy czas wracać do mojej Europy. I bardzo się cieszę! ?
To wstrząsające, „lepsi” bo posiadający więcej, a przecież to nie jest miarą wartości człowieka. Mają więcej może, ale trach przed samotnym wieczornym spacerem, kiepskie żarcie, masówka, to cena wysoka. Jasne, że każdy chciałby żyć na wyższej stopie, bezpieczeństwo finansowe jest bardzo ważne, ale coś się traci bezpowrotnie, naturalność, oryginalne, zdrowe produkty, nieskażoną przyrodę. Gdyby Bałkany i Wschód cały nagle się wzbogacił, widzielibyśmy te same paskudne amerykańskie bary wszędzie, zniknęłyby sklepiki i wzrosłaby przestępczość. Rozumiem dlaczego Was tam tak ciągnie, pewnie w swoich Beskidach odnajdujesz to samo. Ja podobną naturalność spotykam w Ameryce Południowej, po prostu teraz mam tam bliżej i taniej. Ale i w USA są świetne miejsca, spokojne miasteczka i osiedla. Najbardziej cieszę się z klimatu, zima łagodna i wczesna wiosna. Ale Europa jest najlepsza dla nas tam urodzonych, zawsze będzie ciągnęło do znajomych klimatów. Wszędzie można sobie stworzyć dom, trochę ziemi, swoja kuchnia, ogród i zachowane tradycje. Życzę Ci, żebyś mogła być Słowianką w najlepszym dla Ciebie miejscu.
Mnie się jednoznacznie Nowy Orlean kojarzy i będzie kojarzył z obchodami Mardi Gras. Nie wiem czy to prawda, ale w Stanach chyba nigdzie indziej nie obchodzi się go huczniej niż w „Wielkim Luzie”. Pewnie go nigdy nie zobaczę, ale może będę mieć małą namiastkę gdzieś na Sycylii – tam karnawał też jest z pompą obchodzony.
Widziałam zakończenie karnawału w Niemczech i na you tube w Nowym Orleanie, w tym drugim jest bardziej wesoło i tanecznie. Ale to tłum i trudności w poruszaniu się, trochę mnie przeraża. Przed Halloween było już dość ekscentrycznie i to mi wystarczy:)